W przypadku nowego Hyundaia Santa Fe sprawy mają się inaczej, bo prężący się w salonach największy koreański SUV kompletnie zerwał z historią i jest całkiem innym autem niż jego „przodkowie”. Dobra decyzja czy niekoniecznie? Na pewno niezwykle odważna…
– Nowa generacja czy to jedynie lifting? – nie zapyta nikt, kto choć trochę interesuje się współczesną motoryzacją, na widok zaprezentowanego jeszcze w 2023 roku Hyundaia Santa Fe. Debatując nad najnowszą odsłoną tego SUV-a, szefowie koncernu z Korei Południowej prawdopodobnie uznali, że dotychczas dość zachowawczy Santa Fe potrzebuje radykalnej zmiany. Wstrząsu. I dali projektantom wolną rękę w pójściu na całość, nie zważając na to, co było kiedyś. Poprzednik nie był brzydkim autem, ale raczej nie dawał powodów do długich dyskusji nad jego wyglądem. Czyli zupełnie odwrotnie niż opisywany wóz. Kanciasty, narysowany jak od ekierki. Kojarzył mi się z prostymi konstrukcjami z klocków Lego, jakie budowałem w dzieciństwie. Nasuwa również skojarzenie z bieżącą generacją Land Rovera Defendera, co trzeba uznać za komplement, bo to akurat wyjątkowo dobry wzorzec. Ale gdybym usłyszał postawione w hipotetycznej ankiecie telefonicznej pytanie, gdzie miałbym odpowiedzieć jednym słowem (tak lub nie), czy ten pojazd mi się podoba, chybabym się rozłączył. Szczerze, nie wiem. Doceniam, że jest bardzo wyrazisty, zwłaszcza w dobie chińskich premier, kiedy trudno rozróżnić kolejne pokazywane nowości. Koreański SUV ma charakter, ale ma też słabe stylistyczne punkty, jak chociażby przyciężkawy tył. Z tej perspektywy długi na 4,83 metra samochód wygląda najgorzej. Pokracznie. O wiele ciekawsze wrażenie sprawia od frontu czy z profilu. Brązowy matowy lakier, jak w prasowym egzemplarzu, jest naprawdę fajny i nadaje polot. Podobnie jak ledowe reflektory w kształcie litery H. Efektowny zabieg.
Subskrybuj