1. Żyjesz w małżeńskiej relacji z Francuzem. Czy i jak wpływa to na twoją tożsamość narodową, kulturową, zawodową, na twoją szeroko rozumianą polskość?
Przeprowadziłam się do Francji, gdy miałam dziesięć lat. Od tego czasu minęło już niemal pół wieku. Męża poznałam na samym początku studiów, jakieś czterdzieści lat temu. Nie wiem, który z tych faktów w większym stopniu wpłynął na moją tożsamość narodową, a mówiąc ściśle – sprawił, że nie poczuwam się w pełni do żadnej. Paradoksalnie, w towarzystwie Francuzów czuję się nieco bardziej Polką, a wśród Polaków – Francuzką. Myślę, że osoby o mieszanym pochodzeniu często żyją niejako „pomiędzy”. Ta płynna tożsamość bywa dotkliwa – zawsze czuję się trochę inna – ale przeżywam to jako źródło bogactwa. Przede wszystkim dlatego, że sytuacja ta pozwala mi, a wręcz zmusza do nieustannego „decentrowania się”. Przez „decentrowanie” rozumiem patrzenie na wszystko, co mnie otacza, z pewnym dystansem i nietraktowanie tego, co się wokół mnie dzieje, jako czegoś oczywistego. W moim salonie wisi portret Paula Valéry’ego i zaczerpnięty z jego pism cytat: „Mais celui-la m’enrichit qui me fait voir tout autrement ce que je vois tous les jours” („Wzbogaca mnie ten, kto sprawia, że zupełnie inaczej widzę to, co widzę na co dzień”). Dla Valéry’ego tym, co nas wzbogaca, nie jest poznawanie nowych rzeczy czy odkrywanie nieznanych przedmiotów, lecz świeże spojrzenie na to, co znajome. To zaś pozwala uniknąć rutynowego i skostniałego postrzegania świata, które prowadzi do zamknięcia się w pewnikach i uprzedzeniach. Zresztą podobną definicję sztuki proponowali także inni artyści i filozofowie – na przykład u rosyjskich formalistów spotykamy pojęcie ostranienija, czyli „udziwnienia”. Moja wewnętrzna Polka nieustannie udziwnia spojrzenie mojej wewnętrznej Francuzki, a Francuzka oddaje tę samą przysługę Polce.
2. Jak związek ten zmienia twój stosunek do kraju pochodzenia, czy to, co się dzieje w Polsce, obserwujesz bardziej nostalgicznie i wyrozumiale, czy bardziej krytycznie lub obojętnie? Jakie dostrzegasz mentalno-kulturowe różnice polsko-francuskie?
Domyślasz się zapewne, że jako posiadaczka „płynnej tożsamości narodowej”, niestrudzona praktyczka i teoretyczka „decentrowania”, ale także od ponad trzydziestu lat mieszkanka i miłośniczka Dziewiętnastki, czyli jednej z najbardziej zróżnicowanych pod względem mentalno- kulturowym dzielnic Paryża, jestem bardzo krytyczna wobec wszelkich przejawów nietolerancji, wrogiego stosunku do mniejszości. I kiedy zderzam się w Polsce z tego rodzaju zachowawczymi poglądami lub postawami, czuję się w stu procentach Francuzką. Z drugiej jednak strony, kiedy we Francji spotykam się z opiniami przedstawiającymi Polskę jako kraj katolików-fanatyków, homofobów i antysemitów, moja polska dusza się odzywa i staje do walki z takim niezniuansowanym wyobrażeniem Polski. Na podważaniu stereotypów i kwestionowaniu wszelkich utartych wyobrażeń polega zresztą również mój zawód.
3. Jaki wpływ miała twoja podwójna kultura na twoje życie zawodowe?
Kluczowy. Studiowałam filologię francuską (lettres modernes) w Paryżu i początkowo nie myślałam o zajmowaniu się literaturą polską. Kiedy jednak postanowiłam poświęcić się pracy naukowej, moi francuscy profesorowie skłonili mnie do swoistego powrotu do Polski, to znaczy do zwrócenia się ku polskiej literaturze, argumentując, że powinnam wykorzystać w swoich badaniach znajomość języka polskiego, że to olbrzymie bogactwo. Dziś jestem profesorką literatury porównawczej na Uniwersytecie Lotaryńskim. Dużo pracuję nad literaturą polską i francuską, ale nie tylko. Jestem przekonana, że literatury nie da się zrozumieć, jeśli rozpatruje się ją w obrębie jednego obszaru językowo-kulturowego. Ale dwa obszary to także za mało. Historia literatury to historia nieznającej granic cyrkulacji tekstów, idei i wzorców formalnych. Irytuje mnie fakt, że specjaliści od literatury francuskiej uważają, że jest ona najważniejsza i że można spokojnie zapomnieć o tym, co dzieje się gdzie indziej. Polacy z kolei mają skłonność do ignorowania faktu, że literatura polska poza Polską jest bardzo mało znana. W mojej pracy zderzam się więc z różnicami kulturowymi na co dzień. Jedną z nich stanowi również kultura akademicka, co bywa dla mnie problemem, gdy mam organizować współpracę zespołów badaczy francuskich i polskich. Na przykład stosunek do hierarchii i tytułów jest we Francji i w Polsce zupełnie inny. W Polsce do pracownika naukowego wypada zwracać się po tytule („panie profesorze”, „pani doktor”) również poza oficjalnymi sytuacjami. We Francji hierarchia także istnieje, ale jest bardziej subtelna: przejawia się w sieci kontaktów, informacji o ukończonej uczelni, pewnych kodach. Bezustanne tytułowanie jest w oczach Francuzów śmieszne. Natomiast polscy zasłużeni profesorowie czują się dotknięci, kiedy Francuzi zwracają się do nich po imieniu. Inna różnica wiąże się ze ścisłym skodyfikowaniem francuskich norm literatury naukowej. Artykuły naukowe muszą opierać się na określonym planie, ze wstępem stawiającym problem, trzema wyważonymi częściami i zakończeniem. Plan ten kształtuje zarówno tok myślenia, jak i sposób pisania. W centrum pracy znajduje się tekst i dokonana przez badacza osobista lektura – oparta oczywiście na wiedzy, ale absolutnie skoncentrowana na tekście. Polscy badacze często piszą zgodnie z ruchem własnej myśli i w centrum stawiają historię i teorię literatury, tekst omawiając niejako przy okazji, często wręcz zdawkowo. Stwarza to problemy, gdy trzeba opublikować materiały z francusko-polskiej konferencji we francuskim wydawnictwie naukowym. W takich sytuacjach czuję się bardziej Francuzką: jestem zwolenniczką artykułu ustrukturyzowanego i krytyki tekstualnej.