Tym razem otrzymujemy ciekawą opowieść o kulisach operacji D-Day. Jesteśmy w kluczowym momencie drugiej wojny światowej, czyli desancie aliantów na plażach Normandii w północnej Francji, pokazanym od strony planowania.
Alianci swój atak na francuskie plaże starają się utrzymać w tajemnicy. Nie jest to proste, gdy trzysta tysięcy żołnierzy jest zmobilizowanych, pod bronią. Trwają pozorowane działania i fikcyjne ruchy wojsk mające zmylić Niemców. Najbardziej strzeżoną tajemnicą jest dzień lądowania, a ten zależy od pogody.
I tu na arenę wydarzeń wkraczają meteorolodzy. Jest stary wyga i rutyniarz Irving Krick (w tej roli świetny Chris Messina) oraz nowy szef zespołu meteo, niezwykle zasadniczy i skrupulatny Szkot James Stagg (nagradzany Andrew Scott). Panowie nie przepadają za sobą. Wyluzowany Krick, ulubieniec dowodzącego akcją generała Eisenhowera, jest przekonany, że w dniu wyznaczonym na inwazję będzie piękne słoneczko. Tymczasem Stagg jest ostrożny i przewiduje burze, słabą widoczność oraz trzymetrowe fale.
Dochodzi do czegoś w rodzaju fascynującego pojedynku meteorologów, którzy walczą o dusze i umysły dowództwa. Skomplikowane obliczenia meteorologiczne, wyże, niże, ciśnienia i kierunki wiatrów, czyli dane czytelne jedynie dla fachowców, wciągają widza jak najbardziej ekscytująca intryga szpiegowsko-kryminalna.
Ostateczną decyzję musi podjąć generał Eisenhower (grany porywająco przez laureata Oscara Brendana Frasera), mający w pamięci ofiary złych decyzji i pomyłek w obliczeniach. Wyznaczona data zostaje przesunięta o kilka dni z powodu przewidywanych burz. Dalsze trwanie z karabinem u nogi naraża całą akcję na dekonspirację. Ale pojawia się nadzieja na tzw. okienko pogodowe, czyli dwa słoneczne dni w dłuższym burzowym okresie.
Pełne napięcia sceny, gdy wkurzony do granic możliwości Eisenhower czeka na opinię meteorologów co do pogodowych możliwości ataku, zapadają w pamięć na długo. Dobrotliwa z natury twarz Brendana Frasera po raz pierwszy migocze nam na ekranie autentyczną złością despotycznego generała.
Smutna refleksja dla polskiego widza może być taka: gdyby to byli nasi dowódcy, nigdy nie posłuchaliby się naukowców, a już na pewno nie skrupulatnego meteorologa. W naszym kręgu kulturowym najpierw jest hasło „bij, zabij” i „kto Polak na bagnety”, a potem dopiero rozpoznanie i planowanie, co dalej. Najpierw emocje, a potem rozum i stąd przegrane powstania, Smoleńsk i inne tragedie. Podobno Eisenhower na pytanie, jak im się udało pokonać Niemców, powiedział: „Mieliśmy lepszych meteorologów”. I o tym jest ten świetny film.
Ocena: Na pełnej fali