Jestem pełen podziwu dla dr Barbary Mróz-Gorgoń, przedsiębiorczej kobiety, habilitowanej w pełnym blasku (sic!) polskiej nauki, a politycznie wyniesionej na stanowisko sekretarza stanu i pełnomocnika rządu ds. marki Polska. Nie wiem czemu, ale gdym usłyszał tę nowinę, stanął mi w głowie niejaki Sadoś, niegdysiejszy rzecznik prasowy MSZ (czasy Anny Fotygi), który został dociążony przez ministerkę obowiązkami mającymi wykreować instrumenty skutecznej promocji marki Polska na świecie. Absurd się powtarza…
Jestem więc pełen podziwu dla pani Basi, pianistki z zamiłowania, która w środowisku akademickim budzi kontrowersje, ale jej ekonomiczne myślenie musi budzić też zawistny podziw i nawet ks. Olszewski, szemrany ulubieniec Ziobry, mógłby się od niej czegoś nauczyć. Otóż w czasie 23 dni pełnienia rządowej funkcji pani Basia przygotowała budżet, z którego wynikało, że na dwa najbliższe lata, aby wypromować markę Polska, potrzeba ponad pół miliarda złotych, z czego najwięcej (70 – 90 mln zł) pani Basia planuje wydać na „governance i zarządzanie programem”, czyli na… swoje koszty obsługi. Dziwić może jednak, że naukowczyni wywodząca się ze środowiska wrocławskiego, posługuje się jakąś grypserą, która nie tylko prof. Miodka może doprowadzić do obłędu. Na razie swego rodzaju auto-da-fé zapowiedział prof. Radosław Zenderowski z UKSW, hamletyzując, że jeśli pani Basia nie zrezygnuje z tytułów naukowych, to on zrezygnuje ze swoich, bo ciężaru hańby nie zniesie. Ona „spektakularnie obsrała mój tytuł” – wyjaśnił po żołniersku, więc celnie. I dodał: „(…) kobieta w kilka godzin zdewaluowała stopnie i tytuły naukowe. Gdyby były one pozycjonowane na giełdzie, mielibyśmy nie czarny czwartek, ale czarną dupę, z której nie ma wyjścia”…
Subskrybuj