Autobiografia uczonego ma charakter dwoisty, a pierwsza część jest opowieścią o rodzicach, dzieciństwie, młodości, wojnie i poniewierce na zesłaniu w ZSRR. Część druga wynika z pierwszej, ale jest próbą rozliczenia moralnego, zarazem prostującą przekłamania użyte przez jaskiniową ideologię narodową, której demony obudzone zostały w Polsce po 1989 roku.
Wspominając życie, Bauman nie prowadzi badań genealogicznych – poprzestaje na pamięci, mając świadomość jej ułomności. „W łańcuchu powiązań rodzinnych liczne ogniwa, zdruzgotane, przepadły bez śladu, a te, które się ostały, rozproszyły się po świecie – dalekie, obce mi i obojętne. Miast aromatem żywicy i rokrocznie odradzającej się zieleni od drzewa genealogicznego polskiego Żyda zalatuje odorem próchna i spalenizny”. Emocjonalnie ważna zdaje się figura jego matki, zaś intelektualnie figura ojca.
Byli zasymilowanymi Żydami,
mówiącymi po polsku i kształcącymi dzieci po polsku. Ojciec był poliglotą samoukiem, z doskonałym niemieckim i rosyjskim, biernym francuskim i angielskim. Znajomość hebrajskiego doprowadził do perfekcji, czym zachwycił starych bibliotekarzy w kibucu Givat Brenner, „którzy podobnie jak on żyli marzeniami diaspory o renesansie literackiej hebrajszczyzny”.
Bauman z czcią wspomina talenty ojcowskie, bo w nich tkwi jądro jego talentu. Ograniczony towarzysko w środowisku poznańskich Jeżyc (gdzie byli jedyną żydowską rodziną), poddany numerus clausus w gimnazjum, w naturalny sposób stworzył własne światy w lekturze. „Czytać, jak mi opowiadano, nauczyłem się gdzieś między czwartym a piątym rokiem życia i prawie własnym sumptem, bez namawiania i ponaglania. Czytałem, co popadło – głównie gazety, «IKC» na co dzień i raz w tygodniu «Nasz Przegląd» (z redagowanym przez Janusza Korczaka dodatkiem dla dzieci, który pochłaniałem od deski do deski…). Na kupowanie «literatury dla dzieci i młodzieży» grosza nie starczało. Na Karola Maya, Jacka Londona i Fenimore’a Coopera przyszła kolej później, gdy (już w latach szkolnych) zapisałem się do biblioteki Towarzystwa Czytelni Ludowych. Oprócz Jacka Londona pochłonąłem wszystko, co mi w rękę wpadło z Andersena i Selmy Lagerlof, a zmyliwszy czujność bibliotekarki, nieprzekupnego strażnika dziecięcej cnoty, udało mi się nawet współprzeżyć uniesienia bohaterów Głodu Hamsuna, Diabła domowego ogniska Pontoppidana czy Ibsenowego Peer Gynta…”.
W podstawówce też był jedynym Żydem, więc by uniknąć ekscesów, pozwalano mu na przerwach pozostawać w klasie. Też czytał. I nasiąkał przeświadczeniem, że jest i pewnie już pozostanie jednym z tych „nie całkiem nimi będących”, którzy skazani są na to, by „drażnić ludzi”. „Nie mogłem przestać być Żydem. A skoro nie mogłem, przeto wypadało mi tylko przyklasnąć smętnej prognozie Tuwimowego garbusa, że jeśliby się powiesił choćby i na najpiękniejszym z krawatów, nikt nie powiedziałby: «jaki piękny krawat»; każdy rzekłby: «jaki wstrętny garb»”. „Smarkatemu Zygmuntowi – pisze Bauman – uświadomiono, że aby uzyskać równą innym ocenę, starać się musi o wiele od owych innych gorliwiej. A jeśli tak właśnie postąpi, będzie mu to za arogancję, nadgorliwość i natręctwo, a więc za powód do odmówienia uznania poczytane”. Świadomość swego statusu, bolesne doświadczenia z dzieciństwa staną się fundamentem jego relacji z Polską po 1945 roku.
Subskrybuj