W Księgarni Polskiej przy bulwarze Saint-Germain znalazłem wydaną przez Noir sur Blanc książkę „Balthus. Samotny wędrowiec w krainie malarstwa”, zapis rozmów, jakie Françoise Jaunin przeprowadziła z artystą w jego ostatniej samotni, szwajcarskiej posiadłości w Rossiniere, gdzie zmarł 10 dni przed 93. urodzinami. Kartkując te wypowiedzi, poszedłem śladem paryskich atelier malarza, które się mieściły niedaleko księgarni, przy ulicach Malebranche, Furstemberg, Rohan. Nie był on samotny, był osobny. Przyjaźnił się z Giacomettim, Miró, Gidem, Artaud, Rilkem, Camusem, Fellinim. Uważał się za malarza anachronicznego, w rozdźwięku z rewolucjami awangardy artystycznej. Mawiał, że nauczył się malować tak, jak uczył się mówić: próbując naśladować innych, malujących rodziców, słuchając rad Bonnarda, kopiując w Luwrze Poussina.
Minąłem ulicę Furstenberg (skądinąd najdroższą, gdzie metr kwadratowy kosztuje 25 tys. euro) i dziedziniec Rohan. Kafejki, zaułki, ukryte pasaże. Cisza. Czy słowo może być przydatne do zrozumienia istoty ciszy? – pytał Balthus. Przywołuję w pamięci nieistniejący już Paryż z jego obrazów: Pasaż Saint André, Ulice, Ogród Luksemburski, Odeon. Postacie zaabsorbowane ciszą, zahipnotyzowane swym istnieniem, nie patrzą na siebie, skrywają swą enigmatyczną naturę. Scenografia tych miejsc jest banalna, staroświecka. Magia zatrzymanego czasu, istot, rzeczy, miasta zawieszonego między jawą i snem.
Subskrybuj