Tekst, choć gęsty od szczegółów (scenografii, uwag reżyserskich, odniesień rodzinnych, kostiumów, podróży, romansów), nie nuży, gdyż
opowiada o artystce,
która stała się zjawiskiem w kulturze globalnej. Zjawiskiem porównywalnym z nurtami w sztuce, trendami w kinematografii, obyczajami i modami. Urodzona w 1942 roku Nowojorczanka żydowskiego pochodzenia wywarła na trzech już pokoleniach wpływ wykraczający poza unikatową indywidualność. Stała się ikoną, emblematem i alegorią.
Poczucie, że mam do czynienia z niezwykłą osobowością, dotarło do mnie po seansach (kilku) musicalu „Hello, Dolly!”, w którym Streisand zagrała tytułową rolę. Były wczesne lata 70. i na ich polskim tle kolorowy musical musiał się wyróżniać. Ale wyróżniała go przede wszystkim rola Streisand (także Louisa Armstronga w epizodzie), jej totalna muzykalność, głos, aktorstwo. A potem, bodaj w 1980 roku, świat powaliła na kolana „Zakochana kobieta” (Woman in Love), do dziś pozostająca na topie piosenek wszech czasów. Mnie ta piosenka też powaliła na kolana, podobnie jak arcydzieła Édith Piaf, Beatlesów, Jima Morrisona, Freddiego Mercury’ego.
Subskrybuj