R E K L A M A
R E K L A M A

Dziewczyna z ulicy Pułaskiego. „Mam na imię Barbra”

„Przez czterdzieści lat wydawcy napraszali się, żebym napisała autobiografię. Spławiałam ich, ponieważ wolę żyć chwilą obecną, zamiast rozgrzebywać przeszłość” – napisała Barbra Streisand w swym niemal 1000-stronicowym dziele. Napisała je z wyraźnym dążeniem do perfekcji, zarówno narracyjnej, jak i faktograficznej, dając czytelnikowi nie tylko subiektywną panoramę amerykańskiej kultury drugiej połowy XX wieku, ale również setki detali, które zaważyły na karierze Streisand: piosenkarki, aktorki, reżyserki, pisarki, producentki i filantropki.

Fot. YouTube

Tekst, choć gęsty od szczegółów (scenografii, uwag reżyserskich, odniesień rodzinnych, kostiumów, podróży, romansów), nie nuży, gdyż

opowiada o artystce,

która stała się zjawiskiem w kulturze globalnej. Zjawiskiem porównywalnym z nurtami w sztuce, trendami w kinematografii, obyczajami i modami. Urodzona w 1942 roku Nowojorczanka żydowskiego pochodzenia wywarła na trzech już pokoleniach wpływ wykraczający poza unikatową indywidualność. Stała się ikoną, emblematem i alegorią. 

Poczucie, że mam do czynienia z niezwykłą osobowością, dotarło do mnie po seansach (kilku) musicalu „Hello, Dolly!”, w którym Streisand zagrała tytułową rolę. Były wczesne lata 70. i na ich polskim tle kolorowy musical musiał się wyróżniać. Ale wyróżniała go przede wszystkim rola Streisand (także Louisa Armstronga w epizodzie), jej totalna muzykalność, głos, aktorstwo. A potem, bodaj w 1980 roku, świat powaliła na kolana „Zakochana kobieta” (Woman in Love), do dziś pozostająca na topie piosenek wszech czasów. Mnie ta piosenka też powaliła na kolana, podobnie jak arcydzieła Édith Piaf, Beatlesów, Jima Morrisona, Freddiego Mercury’ego.

 

Subskrybuj angorę
Czytaj bez żadnych ograniczeń gdzie i kiedy chcesz.


Już od
22,00 zł/mies




2026-08-02

Henryk Martenka