Kto i jak przeszkadza w normalnych stosunkach polsko-ukraińskich?
Przy głupocie ptaki to nieloty
Berlin to NIEMCY. Tego nie wiedzą „prawdziwi Polacy”, PiS, ludzie p. Karola Nawrockiego. I tak nieznajomość geografii służy do ogłupiania obywateli. Bo zadymiarze p. Bąkiewicza rozrabiali w Berlinie, nie w Warszawie. Po co ogłupiające krzyki? To niemiecka policja BYŁA u SIEBIE. I bujdą jest „spokojne” zachowanie „naszych”. A dla Słowian z Połabia i Kopanicy (Köpenick) rzymski krzyż to symbol agresji Teutonów. A gdyby tak „narodowi Niemcy” z AFD w Warszawie „bronili” niemieckich granic, to co by rzekli panowie Bąkiewicz, Braun, Nawrocki…? Potępiliby i żądali reakcji policji! Więc w czym problem? W hipokryzji i chęci ogłupiania Polaków! Bo władza PiS okazuje się ważniejsza od interesów Polski.
Jak zadymiarze chcą bronić granic RP, to niech z siebie sformują parę dywizji i pomogą Ukrainie powrócić do granic z 2013 r. I niech bronią Unii; np. przed AFD. Burdy w Berlinie, „kontrole” dworców nie dają „prawdziwym Polakom” czasu na myślenie. Najgorsze, że popiera to pan Nawrocki, który zachowuje się nie jak polityk, ale jak politruk.
Berlińska afera to nic w porównaniu z odebraniem Orderu Orła Białego prezydentowi Zełenskiemu. Miała być zemstą za UPA; wyszło ośmieszenie i wyrazy pogardy od ludzi myślących wobec rezydenta Pałacu. Dostał on brawa od Leszka Millera i katoprawicy, zabrał Polsce wiele szans na lukratywne kontrakty na odbudowę Ukrainy. Jako zwykły, szary Polak wiem: UPA to bolesna rana w naszej historii. Ale też prawdą jest, że UPA, która dokonywała masowych zbrodni na Polakach (i Ukraińcach, i Rusinach), do połowy lat 50. XX w. walczyła z ZSRR, NKWD, Armią Radziecką. Do zwykłych, szarych Polaków powinno dotrzeć, że to nie jest obrona UPA, ale ukazanie też innej perspektywy. Dziś „prawdziwi Polacy” (i pan Nawrocki) w fotelach oglądają MŚ, a realni Ukraińcy, w tym prezydent Zełenski, toczą krwawy bój z Putinem. Nie dziwmy się, że broniąc wolności Ukrainy, jej prezydent gotów jest zrobić wszystko, także zabiegać o wsparcie „banderowców”. W Polsce pan Nawrocki, jak „musi”, to odwołuje się do „tradycji” WiN i NSZ; choć ich dzieje są też niejednoznacznie moralne.
Sprawa Orderu to nie przypadek. Już na początku kadencji pan Nawrocki dał prezydentowi Zełenskiemu książkę o Wołyniu. Czemu to robi i działa na szkodę Polski? Dwa powody: chce być liderem katoprawicy w IV RP. Ale, co ważniejsze, pan Trump nie lubi Zełenskiego, natomiast podziwia Putina. A jego „myśl” dla pana Nawrockiego jest święta. I „musi” dokopać Tuskowi. Nie rozumie, iż szkodzi Polsce, którą ponoć tak „kocha”. Dziś zwolennicy pana Nawrockiego burzą się na zwrot Orderu. Myśleli, że prezydent Zełenski będzie kajał się wobec „prawdziwych Polaków”?
Kolejna sprawa. „Obrońcy” granic Polski i „Nawroccy” doprowadzili do masowej emigracji Ukraińców z RP (w tym fachowców i lekarzy). Lecz gospodarka nie znosi próżni i w miejsce „białych z kręgu europejsko-chrześcijańskiego” sprowadzamy ludzi z Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej o innej (niegorszej!) kulturze. To ilustracja logiki „myślenia” chłopców panów Kaczyńskiego, Bąkiewicza, Mentzena, Nawrockiego itd.
I prośba do premiera Tuska: NIE PODPISUJ! Za tym jest 50 proc. obywateli; zwykłych, szarych Polaków! PIOTR J.
Jak Rosjanie wykorzystują wojnę polsko-polską
Wsparcie dla Kremla
Podkreślam, dla Kremla, ale nie dla ludzi zamieszkujących Rosję, a tym bardziej dla Moskwian. A kto tego wsparcia udziela? Nasze rodzime gaduły, których jest ci u nas dostatek. To Leszek Miller, Sławomir Mentzen, Grzegorz Braun, Karol Nawrocki, Władysław Kosiniak-Kamysz, kilku dziennikarzy (dziennikarek) TVN24 nieustających w „wydobywaniu” czego się da o armii i sprzęcie wojskowym, nie wspominając o dowalaniu rządowi Tuska ile wlezie, oraz inni „życzliwi” prorosyjscy żurnaliści. A już demonstracyjnie zdejmujący znaczek z flagą ukraińską Lech Wałęsa to miodzio i złoty skarb dla propagandzistów Kremla. Jak nowoczesny NATO-wski poławiacz min potrafią oni wyłowić te słowa i gesty naszych gaduł, które pasują do tezy o „kijowskim neonazizmie”. Mają łup obfity od dawna, bo jak głosi ulotka agitacyjna krążąca po Moskwie: „Gaduła to cenne znalezisko dla szpiega”.
Kremlowski kanał TV dla ludu Rosji – Rossija1 – dbający o czystość języka (bo prawo ściga tam za brzydkie słowa) dopuścił do debiutu słowo „kurwa”, choć każde rosyjskie dziecko wie, co k… znaczy. Jeszcze przed decyzją naszego nowego gaduły (p)rezydenta o odebraniu orderu Zełenskiemu w codziennym polskim serialu kanał rosyjski puścił w środę 17.06 odcinek nie o „neonazistach” z Kijowa, ale o występach Roberta Bąkiewicza i jego chłopców w Berlinie, gdzie po obezwładnieniu przez Niemca „polscy panowie” rzucali mięsem raz za razem i nikt tego nie „zapikiwał”, bo pasowało.
No, ale już w sobotę 20.06 w głównym wydaniu „Wiedomosti” wieczorem Rossija1 aż 10 minut poświęciła Nawrockiemu, wyjmując z jego 13-minutowej gadki to, że „w polskiej przestrzeni publicznej nie ma miejsca dla czerwono-czarnych banderowskich flag”. O Putinie „zbrodniarzu” nie było, bo i po co. Nawet Jacek Sasin zadebiutował z tym, że „Ukraina nie jest dla Polski krajem przyjacielskim”, że nie wspomnę o cytatach z „Myśli polskiej”, czyli wszystko o tym, że według Warszawy w Kijowie panuje „neonazizm”.
Niestety, macherzy od propagandy i polityki na Kremlu doskonale rozumieją, o co chodzi z tą awanturą o order Zełenskiego, UPA i historię. Pilnie od dawna obserwują wojnę polsko-polską. Widzą, jakich argumentów i instrumentów chwytają się nasi politycy, aby ugryźć, dogryźć, pokąsać konkurenta; odebrać mu punkty, aby wygrać wybory. Ale to dla ludzi Putina obecnie nie jest ważne – „Eto na patom”, czyli „To na potem”. Cenę dzisiaj ma to, że ta awantura i polskie reakcje bardzo odpowiadają potrzebie chwili. A ta jest taka, że na froncie jest zastój, ropa tanieje, werbowanie najemników do armii udaje się słabiej niż codzienne straty armii, wsparcie Zachodu dla Kijowa trwa w najlepsze, a drony ukraińskie kursują do kilku już rafinerii w głębi Rosji jak tramwaje i odcinają Krym od dostaw. Ba! Biją już nawet w Moskwę. Po uderzeniu na rafinerię Kapotnia na obrzeżach Moskwy nie dało się czarnego dymu rozwiać jak chmur przed defiladą na Placu Czerwonym. Zapytana na ulicy Moskwianka, co o tym sądzi, rzekła: „To próba wciągnięcia Moskwy do wojny rosyjsko-ukraińskiej”. To ma sens, bo do tej pory Putinowi udawało się trzymać stolicę i jej mieszkańców daleko od wojny, jej złych skutków, a teraz ona puka już do ich okien. Teraz, dzisiaj, Putin boi się protestów TYLKO w stolicy, bo na pewno nie na prowincji. Władcy Rosji zawsze (i słusznie) czuli taki lęk – Piotrogród 1917 r., Moskwa 1991 r.
I w takim momencie, o jakim napisałem wyżej, przychodzi wsparcie z Warszawy. To, co dociera z Polski, bardzo łatwo da się tam sprzedać Rosjanom. Wiem, bo tam byłem. Jako potwierdzenie tego, że Putin słusznie napadł na Ukrainę, bo zgodnie z tym, co głoszą w Moskwie, a Moskwianie od lat słyszą – Putin musiał to zrobić, bo w Kijowie jest „neonazizm”, „faszyzm” i „pogrobowcy hitlerowców”. Nawet były prezydent Miedwiediew i bliski rodzinie Putina Dmitriew powiedzieli, że Polska w końcu odkryła zwolenników nazizmu w Ukrainie. Kreml umiejętnie przetwarza to, co słyszy z Warszawy, w „mięso propagandowe” typu light i dokarmia nim wojnę, która traci już popularność w narodzie. KORDIAN
Leczenie bez łapówki – możliwe, choć trudne
Himalaje hipokryzji
W szpitalu istniał salonik, gdzie uprzywilejowani mogli bez kolejki otrzymać świadczenie lekarskie. Olaboga, co się dzieje! Aż bolą zęby, kiedy opozycja drze szaty, jaka to ta Koalicja jest zwyrodniała. Jakby zapomniała o mężu pani Witek czy kolanie prezesa. No to ja powiem opozycji, że nie działo się nic nowego, co nie jest nagminnie praktykowane w polskich lecznicach.
Otóż kiedy już doczekałam się kolejki operacji biodra, był drugi rok covidowych obostrzeń. Ortopeda poinformował mnie, że operacje są wstrzymane do odwołania. Nie ma anestezjologów, bo obsługują covid i oddział nawet nie dostaje protez. Trzeba czekać, aż odwołają stan epidemii. Zoperowano mnie w innym szpitalu niemalże bez czekania i bez żadnego „wspomagania”, po czym skierowano do placówki rehabilitacyjnej. I w tej placówce spotkałam sąsiadkę, również świeżo po operacji. Okazało się, że operowano ją w tym szpitalu, gdzie mnie spławiono. Operował ją ten sam lekarz, który mnie spławił. Jakoś miał i protezę, i anestezjologa. Sąsiadka mnie uświadomiła, że jest prywatną pacjentką tego lekarza. Głupio się potem tłumaczył, jak mu powiedziałam, że o tym wiem.
Minęły dwa lata i do operacji dojrzało moje kolano. Dostałam skierowanie na operację z adnotacją PILNE. To pilne zarejestrowano na… za dwa lata. Byłam przerażona. Ból kolana czynił ze mnie kalekę, a tu czekać jeszcze dwa lata! I wtedy LEKARZ RODZINNY poradził mi, żebym poszła do prywatnego gabinetu, to będzie szybciej! Kolano zoperowano mi w innym szpitalu za cztery miesiące, też bez „wspomagaczy”.
Ten szpital i ta sytuacja nie są niczym nadzwyczajnym. To raczej reguła, że publiczne szpitale stanowią zaplecze dla prywatnych gabinetów i napędzają tym gabinetom pacjentów. I jest to tajemnicą poliszynela. JAGODA
Jakby nie było ludzi „machających łopatą”, artystów też by nie było
Obruszył się Skiba na Skolima
Niejaki Skolim rzekł był o artystach polskich: „Jak mają nasze pieniądze iść, to na dzieci, na drogi, a nie na jakieś k**** i ćpunów. Dobrze mówię?”. Pytanie to zawisło nad głowami Polaków jak balonik napompowany do granic możliwości. Balonik pękł i uleciał z niego strumień argumentów, pretensji i wzajemnych oskarżeń. A poszło o rządowy projekt dopłat do składek ZUS dla artystów zawodowych. Skiba, ripostując Skolimowi, stanął w obronie artystycznego prekariatu: „Dostać się do uczelni artystycznej jest bardzo trudno i czeka to tylko tych najbardziej utalentowanych. Studiujesz tam potem pięć lat, a po studiach dostajesz dyplom i grasz w teatrze czy filharmonii za grosze. A często latami grasz w offowych teatrach lub zespołach na biedaumowy o dzieło”.
Czy pan Skiba wie, że trudne studia i niestabilność zawodowa nie są doświadczeniem wyłącznie artystów? Rzeczywistość po dyplomie często wygląda podobnie: lata pracy za niskie stawki, na zlecenie lub umowie o dzieło. Czasy, w których po studiach władza organizowała człowiekowi etat, skończyły się wraz z upadkiem komunizmu. Dziś niejeden wzdycha za taką państwową gwarancją, ale zapomina, że dla wielu była ona znienawidzonym przymusem.
Skiba przywołuje kler, górników i rolników jako grupy uprzywilejowane, utrzymywane w różnym stopniu z publicznych pieniędzy. „Czemu nie wyśmiewasz tych dopłat, tego trwonienia kasy na inne branże, a sprzeciwiasz się emeryturom dla mniej znanych artystów?” – pyta retorycznie Skolima. Jakże łatwo wsparcie dla jednych grup nazwać patologią, a wsparcie dla artystów troską o kulturę i społeczną sprawiedliwość. Problem nie polega na tym, że ludziom kultury nie należy się godność, tylko na tym, że nie można wybiórczo decydować, które publiczne pieniądze są szlachetne, a które są „trwonieniem kasy”. Skiba podkreśla, że dopłaty dla rolników wynoszą 20 mld rocznie, podczas gdy „rolnicy tworzą jedynie 1,5 procent polskiego PKB. Tymczasem artyści tworzą aż 5 procent polskiego PKB”. Pan Skiba, jak to artysta, nie zaprząta sobie głowy tym, jak ważne są artykuły rolno- spożywcze dla krajowej konsumpcji i eksportu. Równie dobrze mógłby doradzić rolnikom, by porzucili traktory i zajęli się nagrywaniem płyt. Wtedy PKB wzrośnie i będziemy potęgą! Jednocześnie sam stwierdza, że dopłaty dla rolników to przede wszystkim środki unijne, więc może to do UE powinien kierować swoje żale? „Tu chodzi o sprawiedliwy podział tego, co w Polsce mamy do podzielenia” – stwierdza Skiba. Tyle że nie mówimy tu o innym podziale pieniędzy, które już są w systemie, lecz o dodatkowej daninie na przyszłe emerytury artystów.
W kolejnym poście, już do ludu polskiego, Skiba pisze: „Niestety, te argumenty nie trafiają do sporej grupy społeczeństwa, która wyżej ceni kopacza rowów od Artysty”. A dalej wyraża swe zdziwienie: „Serio uważają Państwo, że markę tego, co Polska znaczy i czym jest w świecie, stworzą ludzie machający łopatą? Nikt w świecie nie będzie nas podziwiał za ładne kopanie rowów. Markę kraju budują naukowcy, sportowcy i artyści właśnie”.
Pan Skiba nie zdaje sobie sprawy, że od „marki” Polski ważniejsza jest stabilność gospodarcza i bezpieczeństwo kraju. W tym zachwycie nad „wielkością artysty” łatwo zapomina się o bardzo prostym fakcie: sztuka nie powstaje w próżni. Artysta, jak każdy człowiek, potrzebuje jedzenia, środków transportu, dróg, kanalizacji, wywozu śmieci, utrzymania scen i muzeów, w których jego twórczość może być pokazywana. Jeśli naprawdę – jak pisze Skiba – „w społeczeństwie WSZYSCY są potrzebni”, to nie można chwilę później pytać z pogardą, co takiego dają Polsce ludzie „machający łopatą”. To właśnie na gruncie tysiąca zwykłych, niewidzialnych prac kultura może się rozwijać. Talent jest cenny, ale nie daje nikomu moralnej wyższości nad resztą społeczeństwa. I nie zapominajmy o najważniejszym: to „zwykli ludzie” są odbiorcami twórczości artystów; czymże bowiem byłby artysta bez odbiorcy?
Następnie Skiba niejasno dywaguje na temat dotacji dla partii politycznych i prywatnych biznesów, ubolewając, że składają się na nie biedne „pielęgniarki czy kasjerki z Żabki” – jednocześnie postulując, by dokładały się one jeszcze do biednych artystów. Jeśli nieregularne czy niższe od średniej dochody mają być argumentem za państwową dopłatą do emerytur, to nasuwa się pytanie, dlaczego tworzy się mechanizm ochronny tylko dla wybranych? Drobny przedsiębiorca, którego dochody są sezonowe albo nieregularne, musi płacić składki co miesiąc, gdyż system jest bezlitosny. Nikogo nie obchodzi, czy klient zapłacił na czas, czy sezon był słoneczny albo czy miesiąc zamknął się zyskiem. Ale w przypadku artysty sprawa nagle robi się wielowymiarowa i wymagająca państwowej troski, opłaconej z kieszeni tych, którym nikt nie dopłaci do niczego. „Tak jak piekarz piecze chleb i bułki, tak artysta tworzy dzieła, np. nagrywa płytę. Tak jak szewc robi buty, tak Autor robi spektakl teatralny czy kręci film”, poucza nas Skiba, chcąc podkreślić, że praca artysty to praca jak każda inna. Ciężko się z tym zresztą nie zgodzić – jedyna różnica jest taka, że o dopłacie do emerytury piekarza czy szewca nikt nie mówi.
Na koniec proponuję, abyśmy wszyscy razem, stojąc w jednym rzędzie ze Skibą, Skolimem, artystami przez duże lub małe „a”, politykami, celebrytami zaśpiewali: „Ale chroń mnie Panie od pogardy,/Od nienawiści strzeż mnie Boże”. ELFRYDA TYTUS