R E K L A M A
R E K L A M A

Prezent dla chorego świata. Drugie życie Matisse’a

Po powrocie do Paryża z rejsu po Oceanii znów jestem między „Polinezyjskim niebem” a „Polinezyjskim morzem”, tyle że nie na Tahiti, a w Grand Palais. Za mną ta pierwsza kompozycja, przede mną ta druga – „Matisse, 1941 – 1954” to wystawa artysty artystów par excellence, jak słyszę wokół.

Fot. Leszek Turkiewicz

Pamiętam, że na początku po przyjeździe [na Tahiti] było rozczarowująco, ale potem, stopniowo, było pięknie – rozpamiętywał Henri Matisse. Ciekawe, że te czary nieba i morza nie od razu przypadły mi do gustu. Pływałem w lagunie wśród barw koralowców podkreślonych ostrymi, czarnymi odcieniami strzykw morskich. Wpatrywałem się w świetlistą dal. Kontrasty…

Światło tych kontrastów widać na paryskiej ekspozycji. Woda, ptaki, ryby, wodorosty splatają się w odcieniach błękitu w wielkoformatowych kolażach. Taki błękit przenika duszę – też Matisse; a dalej: Nie można żyć w domu zbyt dobrze utrzymanym; czasem trzeba wyruszyć w jakąś naturalną dżunglę, aby odnaleźć prostsze drogi, które nie zdławią ducha. I wyruszył śladem Gauguina, którym się inspirował na początku swej twórczości, jego uproszczeniem form, ekspresyjnym użyciem barw, fascynacją egzotyką i kulturą wysp Pacyfiku. Będąc na Tahiti, udał się do Mataiea, gdzie wcześniej mieszkał Gauguin i gdzie spotkał jego syna. Unikał uroków „nowej Cytery”, vahin bez pareo. Z Gauguina została u niego tylko intensywność nieba i sen edenu, jak sam to nazwał.

 

Subskrybuj angorę
Czytaj bez żadnych ograniczeń gdzie i kiedy chcesz.


Już od
22,00 zł/mies




2026-07-10

Leszek Turkiewicz