Tymczasem nawet gołym, nieleczonym okiem widać, że dostęp do służby zdrowia nie ma partyjnego charakteru. Wiele o tym mogłyby powiedzieć chociażby bieszczadzkie działaczki PO z gminy Cisna, bo sama przynależność do jakiejś struktury niczego im nie zapewnia. Zwija się najbliższy im szpital w Lesku, który i tak oddalony był od nich o 50 kilometrów. I ze swego miejsca zamieszkania do czekającego na nie VIP-owskiego saloniku w Warszawie by się nie doczołgały.
Przyjmowanie wyłącznie partyjnego klucza nie sprawdza się więc nawet u polityków, a co dopiero u dziesiątek komentatorów wszelakich mediów; martwiących się nie o to, czy do najbliższych wyborów zdążą być przyjęci do lekarza – który może nie znaleźć czasu w przerwach pomiędzy leczeniem działaczy partyjnych poza kolejką – ale o to, czy partie, z którymi sympatyzują, od tego nie kojfną. Już setki analiz powtórzyły – w formie groźby lub nadziei – że afera z salonikiem szpitalnym zaszkodzi Platformie bardziej niż swego czasu osławione ośmiorniczki i że spowoduje większe niestrawności. Ówczesne ośmiorniczki ze Szpitala Południowego wyjdą już wzmocnione jako ośmioraczki.
Subskrybuj