Bal maszkaronów, czyli Eurowizja 2026
Czasy, kiedy na Eurowizji wystarczyło stanąć przy mikrofonie i zaśpiewać, odeszły w siną dal razem z cekinową marynarką, orkiestrą na żywo i przekonaniem, że refren powinien dać się zanucić po pierwszym przesłuchaniu. Dziś na tym festiwalu nie ma już piosenki. Jest show. Jest koncept. Jest wizualizacja. Jest człowiek w klatce, srebrny pan, dziewczyny w majtkach ratowniczek rodem ze „Słonecznego patrolu”. Jest beat, są ognie, dym, wiatr, śnieg. Jest wszystko – poza piosenką. Piosenka została zepchnięta na drugi plan jak ciotka na weselu, która chciała wznieść toast, ale akurat wjechał tort (…).
Tegoroczna Eurowizja przypominała konkurs na to, kto wyżej, dłużej i głośniej utrzyma ton. Zamiast melodii mieliśmy potok dźwięków. Zamiast refrenu – serię okrzyków: „aaaaa”, „ooooo”, „uuuuu”. I jak tu wyszukać taką piosenkę w internecie? Od czego zacząć? Od: „ten facet, co się darł”? Od: „Eurowizja 2026 aaaaa”? Od: „piosenka z ogniami i krzykiem”? Wyników tyle, że można trafić i na finalistę, i na nagranie z remontu kuchni. Człowiek zaczyna tęsknić za starą, poczciwą ABBĄ. Pół wieku później ludzie potrafią zaśpiewać „Waterloo” z pamięci. I może właśnie tego najbardziej brakuje: czegoś, co zostaje w głowie na dłużej?
Po każdym wysłuchanym występie chciało się krzyknąć: „Powtórz!”. I natychmiast następowała panika, bo nie było czego powtarzać. Refren? Jaki refren? Melodia? Która? Ta między laserem a choreograficznym wygibasem?
Na tym tle jednym z niewielu artystów, którzy naprawdę zwracali uwagę, był Alis z Albanii śpiewający o matce czekającej na powrót syna. Wprowadził powagę i zadumę, które na współczesnej Eurowizji wyglądają jak goście, którzy pomylili imprezy. Człowiek aż chciał na chwilę ściszyć własny cynizm. Było w tym coś prawdziwego, coś, co nie potrzebowało dmuchawy, sześciu tancerzy i ekranu LED pokazującego apokalipsę w kolorze fuksji. Ale i on nie wygrał z „Bangarangą”, bo bangaranga (oznaczająca w języku jamajskim hałas, zamieszanie, rozróbę) jest od zadumy głośniejsza.
Dzisiejsza Eurowizja to bal maszkaronów. Tylko patrzeć, jak ukrywający się w Watykanie papież Leon XIV zwoła krucjatę w obronie resztek europejskiej piosenki przed niewiernymi, którzy zamienili estradę w międzynarodowy pokaz brokatu, opalonych ud, pępków, falsetu i pirotechniki. I nie chodzi tu o nagość. Europa widziała już wiele. Chodzi o to, że coraz częściej ciało, kostium i efekt specjalny są jedyną treścią, jaką występ ma do zaoferowania. Lata temu obrażaliśmy się na futerko, w którym nasz młody i piękny Andrzej Piaseczny wystąpił na Eurowizji. Śmiano się, komentowano, a futerko stało się sprawą narodową.
Po latach okazuje się, że Piasek po prostu wyprzedził swoje czasy. Był jak van Gogh, niezrozumiany przez współczesnych, samotny prorok i prekursor scenicznego looku. Wówczas nikt nie był na to gotowy, ale dzisiaj futerko Andrzeja na tle eurowizyjnego chaosu wyglądałoby blado i nijako, jak Nawrocki przy Trumpie. Ot, skromna odzież wierzchnia. Minimalizm. Państwa reprezentują dziś nie tyle własną kulturę, ile globalny algorytm: trochę angielskiego, trochę TikToka, trochę fitnessu, trochę krzyku, dużo świateł. Niemki śpiewały po angielsku, a Wielka Brytania przyjechała na Eurowizję z „Eins, Zwei, Drei”.
Dawniej człowiek przynajmniej wiedział, że jeśli na scenę wychodzi Francja, to ktoś będzie cierpiał po francusku, najlepiej przy fortepianie i w świetle jednego reflektora. Teraz jest tyle migających świateł, że przed każdym numerem powinno się wyświetlać ostrzeżenie: program zawiera sceny migające, mogące wywołać zawroty głowy i oczopląs. Eurowizja Anno Domini 2026 już za nami, ale bangaranga szybko zawitała do Polski za sprawą polskiego jury. TVP postawiła na bardzo młode osoby, a potem, nie wiedzieć czemu, wszyscy się zdziwili, że przyznaliśmy 12 punktów Izraelowi. A przecież oni po prostu nie wiedzieli, że to konkurs polityczny. Myśleli, biedni, że oceniają piosenki.
Na tym polega urok Eurowizji. Narzekamy, przewracamy oczami, po czym za rok znów siadamy przed telewizorem z nadzieją, że piosenka jeszcze kiedyś powróci. Bo jak to w życiu bywa: „po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój”. Więc i po bangarandze przyjdzie kiedyś refren, którego nie trzeba będzie zagłuszać efektami specjalnymi. ELFRYDA TYTUS
Noc Muzeów i ich moc
Kolejna Noc Muzeów okazała się sukcesem. Pospolite ruszenie, jakie podniosło się na wieść o otwartych do zwiedzania miejscach, niekoniecznie muzeach, to bardzo pozytywny obraz społeczeństwa. Noc Muzeów okazała się więc nie tylko wydarzeniem kulturalnym, ale także – ukształtowanym już nieco w naszej kulturze i obyczajowości – eksperymentem społecznym.
Było coś dla ducha – sztuka, historia, pamięć, ciekawość świata. I coś dla ciała – food trucki, kawiarnie pełne ludzi, nocne spacery przez rozświetlone miasta. Można było wejść do historycznych schronów, zajrzeć do pracowni konserwatorskich, obejrzeć laboratoria kryminalistyczne albo usiąść za pulpitem dawnego tramwaju.
Były też wydarzenia niemal widowiskowe. W kilku miastach strażacy organizowali pokazy ratownictwa technicznego, wojskowi prezentowali historyczny sprzęt, a grupy rekonstrukcyjne potrafiły zamienić zwykły dziedziniec w scenę z XVII wieku. Gdzie indziej grano koncerty w muzealnych salach, organizowano mappingi na fasadach budynków i pokazy dawnych technik fotograficznych. Ktoś powie: festyn. Być może. Ale jeśli dzięki temu tysiące ludzi pierwszy raz weszły do muzeum i odkryły, że historia nie gryzie – to bardzo dobrze.
Szczególnie cieszy fakt uczestnictwa całych rodzin, a jeszcze bardziej chyba grupy młodych ludzi, którzy przyszli na proponowane imprezy samorzutnie.
Oczywiście – czasem bardziej interesowała ich industrialna piwnica albo neon niż obraz mistrza renesansu, ale od czegoś trzeba zacząć. Kontakt z kulturą nie zawsze rodzi się z zachwytu nad wielkim malarstwem. Czasem zaczyna się od ciekawości, atmosfery i zwykłego poczucia uczestniczenia w czymś wspólnym.
A wspólnota była chyba największym bohaterem tej nocy. W czasach, gdy niemal każda dyskusja kończy się internetową awanturą, widok kilku tysięcy ludzi spokojnie spacerujących od muzeum do muzeum działał wręcz kojąco. Było coś symbolicznego w tym, że tłum może istnieć bez krzyku i agresji. Że można stać godzinę w kolejce i nie traktować drugiego człowieka jak przeciwnika.
I – na koniec – inna sprawa. Protest „Solidarności” – bo tak odczytałem obecność flag i jakichś postulatów wypisanych na kartonach w Muzeum Narodowym w Warszawie – nie wzbudził zainteresowania. Nie zauważyłem, by któraś z kilkudziesięciu osób będących w dużym hallu zainteresowała się sprawą. I dobrze. Bo w takich dniach chcielibyśmy naprawdę zapomnieć o podziałach. Czy rodzice mają powiedzieć towarzyszącym im dzieciom, że Związek, który kiedyś był twórcą najistotniejszej zmiany w Polsce ostatnich lat, stał się przybudówką jednej partii politycznej, protestującej tylko wtedy, gdy ta partia nie rządzi? Czy taki był zamiar? ANDRZEJ ZAWADZKI
Świat płonie!
Obecnie na świecie trwa 130 konfliktów zbrojnych. Brakuje ludzi, którzy mieliby odwagę i moc, by je zakończyć. Najnowszym przykładem jest zaatakowanie przez okręty marynarki wojennej Izraela jachtów płynących do Strefy Gazy. Flotylla jachtów została zaatakowana 1100 kilometrów od wybrzeży, na greckich wodach terytorialnych. Udaremniono dowóz jedzenia i… aresztowano kilkanaście osób. Czy to jest piractwo morskie?
Izraelski minister przyznał niedawno, że zagłodzenie Palestyńczyków JEST uzasadnione zabezpieczeniem żywotnych (!) interesów Izraela. Zabrakło mi wyrazów oburzenia na to, co powiedział. Za to cały cywilizowany (?) świat wyraził oburzenie, gdy polski poseł pokazał w Sejmie flagę Izraela, w której miejsce Gwiazdy Dawida zastąpiła swastyka. Nieważne jest zamordowanie 68 tysięcy Palestyńczyków; ujmą na honorze jest taki prywatny akt potępienia tego, czego dokonuje Izrael.
Tylko USA mogłyby położyć kres ludobójstwu. No ale Netanjahu i jego ekipa przybyli do Waszyngtonu i pokazali projekcję skłaniającą do wywołania dodatkowej wojny z Iranem. Amerykanie naiwnie uwierzyli, że gdy zaatakują Iran, to opozycja wyprowadzi ludzi na ulice i ci obalą rządy religijnych ajatollahów. Tylko że Iran (dawniejsza Persja) to nie Wenezuela, ale Gwardia Rewolucyjna mająca trzy i pół miliona żołnierzy, która jest doskonałym wsparciem dla regularnego wojska. Poza tym irańscy przywódcy od dawna przygotowywali naród do tego, że kiedyś zostanie zaatakowany przez Amerykanów.
Przygotowywani do wojny Amerykanie wstrzymali się od płacenia na pomoc humanitarną do różnych organizacji pomocowych. Zaoszczędzili prawie 50 miliardów dolarów, którymi wspierali swój przemysł zbrojeniowy. Utrzymanie tego swojego wojska, lotniskowców, baz w różnych krajach i żołdów dla żołnierzy kosztuje miesięcznie miliard dwieście milionów. Do tego doszła wojna wspierająca Izrael w konflikcie z Iranem. To kosztuje Amerykanów miliard dolarów dziennie! Wojna na Bliskim Wschodzie doprowadziła 45 milionów ludzi do szukania pomocy humanitarnej, a ta liczba zwiększa się z każdym dniem.
Petra Bagger z SPÖ (Socjalistyczna Partia Austrii) podsumowała obecną sytuację słowami: „Nasz świat płonie, a my zmniejszamy dotacje na straż pożarną”.
W Polsce płonęły setki hektarów Puszczy Solskiej, a dodatkowo jesteśmy świadkami płonących krzyży w różnych miejscowościach w kraju. Tak przy okazji, jakiś instytut fizyki powinien zgłosić wniosek o Nagrodę Nobla dla tego policjanta, który potrafił udowodnić, że Krzyż Papieski na Placu Zwycięstwa (obecnie innej nazwy) zapalił się od jednego postawionego przed nim znicza. Straż pożarną zawiadomiono po dwóch minutach. Przyjechała po ośmiu i musiała gasić cały płonący dwunastometrowy krzyż obudowany blachą. Nie jestem idiotą i ośmielam się nie wierzyć w oficjalną wersję policji. Słowa: „Niech zstąpi Duch i odnowi oblicze Ziemi, Tej Ziemi!”, nie do wszystkich dotarły. Jak bardzo trzeba nienawidzić ludzi wierzących, aby działaczce partii rządzącej zachciało się napisać na widok krzyża płonącego w Wielki Piątek: „Piękny widok”. Czy próbowała dorównać osobnikowi, który pożar katedry Notre Dame skomentował: „Niech gówno płonie”?
Pierwsza tajemnica fatimska zawiera obraz piekła, w które wielu ludzi nie wierzy, do czasu, aż sami się w nim znajdą. Szkoda mi ich, nawet gdy zieją nienawiścią do katolików i chcą nas „upiłować” – co proponuje pan Nitras. Na szczęście nie da się nas wypędzić z Polski, tak jak prowadzi się systematyczną eksterminację Palestyńczyków w Palestynie, w której żyli prawie dwa tysiące lat, bo Pan na tyle czasu opuścił swój „naród wybrany”. W roku 1948 Anglicy wymyślili dwa różne narody na jednym terytorium. No i przestało być spokojnie. Teraz powstaje projekt Wielkiego Izraela: od Nilu do Eufratu. Ale najpierw próbuje się opinii światowej wmówić, że przykazanie „Nie zabijaj” nie dotyczy Izraela i, częściowo, USA pod przewodnictwem Donalda Trumpa i wielu wcześniejszych prezydentów.
Wszyscy znają ciągoty prezydenta USA, by opanować Grenlandię i/lub Kubę. Może warto przypomnieć, jak to było z Hawajami leżącymi wiele tysięcy mil morskich od USA. Odkryte w XVI wieku były rządzone przez miejscowych władców. Misjonarze amerykańscy zaczęli ich „chrystianizować”. W roku 1898 przypłynęły dwie amerykańskie kanonierki i uprowadziły królową Hawajów do Waszyngtonu. Oznajmiono jej, że Amerykanie pomogą mieszkańcom Hawajów ucywilizować się. Królowa wyśmiała Amerykanów, mówiąc, że u siebie w pałacu ma bieżącą wodę i łazienki, a tu, w stolicy Ameryki Północnej, musi wychodzić do wychodka poza budynek. Podobno wyraziła się bardziej dosadnie, ale to nie nadawało się do zapisu w oficjalnym protokole. W roku 1900 ustalono, że Hawaje są terytorium zależnym. W roku 1959 przyznano im status jednego ze stanów. Oczywiście mieszkańców Hawajów nikt o zdanie nie pytał… MARIAN PEKA
51 proc. głosów to nie 51 proc. mądrości
Fakt, że prezydent wygrywa wybory bezpośrednie, zdobywając ponad 50 proc. głosów, nie oznacza, że kumuluje ponad 50 proc. mądrości społeczeństwa. Mandat większości nie jest mandatem nieomylności. Nie daje on prawa do dowolnej interpretacji prawa, podważania trójpodziału władzy ani zmieniania konstytucji w kierunku koncentracji władzy.
Demokracja nie polega na tym, że zwycięzca może wszystko – jak każdy podlega ograniczeniom. Konstytucja, trójpodział władzy oraz członkostwo w Unii Europejskiej pełnią rolę zabezpieczeń – chronią państwo przed deformacją władzy nawet wtedy, gdy jakaś większość polityczna próbuje te ograniczenia osłabić. Polityk, który pod hasłem „większej suwerenności” dąży do wyłączności władzy, nie wzmacnia państwa – lecz otwiera drogę do autorytaryzmu, nietolerancji, zamkniętych granic i konfliktów. RYSZARD P.
Czuła struna
Tak dużo działo się u nas i na świecie przed krótkim majowym weekendem i po weekendzie, że postanowiłem nie zgłębiać specjalnie żadnego wydarzenia, ponieważ ruszenie jednego wiąże się z kolejnym, też ważnym, i trzeba trochę czasu, aby oswoić się z myślą, że wnioski mogą być nieciekawe, mylące lub niewłaściwe.
Premier Donald Tusk na przykład musiał trochę zdyscyplinować jednego koalicjanta i uświadomić pozostałym, że Jarosław Kaczyński z podzieloną Konfederacją nie będą mu meblować rządu. Specjalnie czasu na besztanie nie było, bo miał zaplanowane liczne wyjazdy zagraniczne, w tym jeden ważny i znaczący – do Włoch. A skoro pojechał oficjalnie do premier Meloni, to i do Watykanu, do amerykańskiego papieża Leona XIV – tak aby być u niego tego dnia przed drugim Amerykaninem, szefem dyplomacji M. Rubio. Czy jest jakiś wspólny mianownik dla Tuska i Rubio z tej wizyty? Ano jest. To wybory. Tam tzw. połówkowe, a u nas za ponad rok parlamentarne.
Dla Tuska wizyta w Watykanie była ważniejsza niż dla Marca Rubio. O czym rozmawiano, nie wiemy, ale Rubio, kubański katolik, pewnie dostał od swojego nieobliczalnego pryncypała jakąś szczególną misję. No bo Trump swoimi memami i komentarzami o Leonie XIV zraził dużą część katolików i hierarchów w USA – a to ma znaczenie polityczne i wyborcze. Musiał sobie jakoś poradzić z głupią wymową szczeniackich zachowań przełożonego, obrażających nie tylko papieża, ale i urząd, jaki Trump w USA pełni. U progu 250-lecia powstania USA, wspólnej ojczyzny obu, widok ich obydwu stojących obok siebie byłby oczywiście super prezentem przedwyborczym dla Trumpa. Ale tak chyba nie będzie. Insynuacje Trumpa, że papież chce, aby Iran miał bombę atomową, to kłamstwo okrutne. Leon zachował się jak mąż stanu: nie udowadniał, że nie jest islamistą, tylko przypominał światu, że chce być papieżem pokoju i dialogu w czasie, kiedy pokój i dialog próbuje się wymóc siłą, a w rzeczywistości poprzez wojny i konflikty – od Ukrainy, poprzez Bliski Wschód, po Sudan i inne kraje Afryki. Dlatego nie sądzę, aby Leon XIV poleciał do USA.
A czy przybędzie do Polski? Stawiam, że tak, i to nie dlatego, że rozmowa Leona z naszym Donaldem trwała dłużej niż z wysłannikiem innego Donalda. Przyleci do nas po wyborach z jednego powodu. On wie, że Kościół Rzymskokatolicki wciąż jest najgłębiej wrośniętą w nasze społeczeństwo organizacją pozarządową. Wciąż ma ambicje do definiowania nie tylko wiary i moralności, ale też polityki państwa – choć konstytucyjnie jest od niego oddzielony. A skoro tak jest, a jest, to jeśli nie poleci do USA na 250-lecie, to nie będzie go i u nas przed wyborami.
Pozostaje pytanie otwarte – o czym tak długo Donald Tusk rozmawiał z Leonem XIV? Pytań, a w zasadzie spekulacji, jest dużo. Czy sam premier coś powie? Nie o wszystkim nawet musi, ponieważ nasi katolicy już dostali wyraźny sygnał. No bo skoro Leon serdecznie rozmawiał z Tuskiem tak długo i przyjął zaproszenie do Polski, to z rządem Tuska Watykan Leona IV problemu nie ma. Pewnie rozmawiali o wojnie i pokoju. Dla Leona Tusk jest „peacemakerem”, a nie krucjatowym trumpistą. Nie wiemy, czy akceptuje linię Tuska, który odmawia relokacji migrantów z innych krajów poza Ukrainą. Bo co do linii Tuska w sprawie wojny z Iranem, to papież może ją tolerować: nie wchodzimy z wojskiem ani do Ukrainy, ani nie włączamy się do wojny z Iranem. To czuła, ale ważna struna polityki i religii złączone u nas w kraju węzłem trudnym do rozplątania.
Trzeba pamiętać, że Watykan, centrum zarządzające największej organizacji wyznaniowej świata, był i jest graczem na międzynarodowej scenie. Powiadają: Jak trwoga, to do Boga. Marco Rubio i Donald Tusk deklarują się jako ludzie wierzący. Ten pierwszy musi wypić piwo, którego nawarzył Trump, a drugi szuka sposobu, jak wygrać wybory w przyszłym roku, mimo sondażowej przewagi tych, którzy chcą przedstawiać się jako obrońcy cywilizacji chrześcijańskiej i ultrakatolickiej tożsamości narodowej.
Papież Leon XIV tego nie kupi ani od naszych biskupów, ani od polityków. Prędzej znajdzie wspólny język z Tuskiem i kardynałem Rysiem niż z gaśnicowym Braunem i abp. Jędraszewskim. Dobrze, że uciął sobie dłuższą pogawędkę z D. Tuskiem. Ale czy to on powita Leona XIV w Polsce po wyborach, zależy wyłącznie od nas samych, zagorzałych (podobno) katolików. JAN KRÓL (adres internetowy do wiadomości redakcji)
A może by tak na ryby?
Czas szybko mija, ani się człowiek obejrzy, a już ma 83 lata. Jak pięknie dożyć wiosny: bzy, konwalie, kukułka… Ten rok od stycznia kiepsko się prowadzi. Oddział onkologiczny, potem urologia, cztery operacje, wreszcie jestem „na wolności”. Kiedyś chodzenie po górach, żeglarstwo, wczasy na rowerze wzdłuż Bałtyku, a ostatnio – łódeczka, wędka i ryby.
W maju minęło prawie pół roku tego roku, a więc sądziłem, że opłata za wędkowanie będzie niższa. Ale gdzie tam! W maju pełna opłata plus kara za opóźnienie. Nic to, że byłem chory. W okręgowym związku wędkarskim powiedziano, że związek ma olbrzymie potrzeby finansowe: zarybianie, straż, imprezy wędkarskie, więc nie może być mowy o żadnych ulgach. W PZW jest około 600 tysięcy członków. Ja wnoszę najniższą składkę (za 1 jezioro) – 430 zł, moi młodsi koledzy płacą około tysiąca złotych. Co to są za pieniądze! Urząd skarbowy toleruje sposób ewidencjonowania opłat – przyklejane znaczki, których można wyprodukować miliony.
Nad moje jezioro przyjechał członek zarządu wojewódzkiego. Takiej fury, jakem stary, nie widziałem! Członkowie związku, czy naprawdę jesteśmy bezsilni? W ubiegłym roku, ze względu na zdrowie, byłem na jeziorze cztery razy, ale wniosłem pełną opłatę. Ryb, niestety, coraz mniej, jezioro brudne.
Uwaga! Na koniec rozmowy z przedstawicielem zarządu powiedziałem, że jestem Ukraińcem. Usłyszałem: „A to co innego, nie wnosi pan żadnych opłat. Na łowisko proszę zabrać dokument tożsamości”. Tak w naszej ojczyźnie traktuje się ludzi starych, schorowanych. Złowionym przez siebie rybkom, które i tak wracają do jeziora, życzę: „Uważajcie, aby was nie złowił jakiś przyjaciel Polaków!”. BOGDAN