Osiedle ma długą historię. Domki powstały dla budowniczych Pałacu Kultury i Nauki, później służyły jako akademiki. Gdy kilka lat temu uczelnia się wycofała, teren popadł w ruinę. Opuszczone budynki plądrowali złomiarze, a równocześnie pojawili się młodzi ludzie szukający schronienia i próbujący stworzyć tam namiastkę wspólnoty. Powstała próba uregulowania sytuacji. Kolektyw Przyjaźń zwrócił się do delegatury Skarbu Państwa o zalegalizowanie pobytu i wprowadzenie czynszu. Zaproponowano jednak stawki na poziomie rynkowym, dla mieszkańców całkowicie nieosiągalne, zwłaszcza przy standardzie tych zaniedbanych budynków. Podczas interwencji atmosfera się zaostrzyła. Młodzi czuli się potraktowani jak przestępcy. Wielu z nich studiuje lub studiowało. Ich protest miał formę niewulgarnych haseł: „Zdejmij mundur, przeproś matkę” czy „Policja broni bogatych przed biednymi”. W ich okrzykach był gniew, lecz nie agresja ani chęć konfrontacji siłowej.
W rozmowie z dowódcą padły pytania o sens działań i konieczność użycia środków przymusu. Odpowiedzi były zdawkowe, a dystans między stronami wyraźny, co tylko pogłębiało poczucie niesprawiedliwości.
Mieszkańcy często określają się jako anarchiści – w sensie ideowym, nie destrukcyjnym. Wskazują, że pustostany można zagospodarować, a w niektórych krajach jest to legalne rozwiązanie problemów mieszkaniowych i sposób przeciwdziałania degradacji przestrzeni.
W tle pojawia się szerszy kontekst: atrakcyjny, zielony teren może zostać przeznaczony pod inwestycje deweloperskie, co rodzi podejrzenia co do rzeczywistych motywów działań i przyspieszania „porządków”. W geście sprzeciwu część osób usiadła przed radiowozem, próbując zablokować jego odjazd. Protest był pokojowy i miał pokazać, że sytuację można było rozwiązać inaczej – bez e skalacji, bez demonstracyjnych zatrzymań i bez traktowania mieszkańców jak przestępców.