Nic nie przebije dużego diesla na autostradzie, jeśli chodzi o ekonomiczne względy podróży. A już na pewno nie hybryda plug-in… Tak można było twierdzić jeszcze niedawno, ale motoryzacyjne realia się pozmieniały. Po pierwsze, ceny ropy naftowej utrzymują się na wyraźnie wyższym poziomie niż benzyny. Druga zmiana także dotyczy cen, tyle że zakupu nowych hybrydowych samochodów w kontrze do diesli. Kwoty niemal się zrównały, co jeszcze jakiś czas temu było nie do pomyślenia, bo napędy łączące spalinowe i elektryczne silniki były zdecydowanie droższe od tradycyjnych wariantów wysokoprężnych. Po trzecie – i chyba najważniejsze – zmieniły się same hybrydy. I to bardzo.
Nie taki diabeł straszny
Autostrada to warunki wręcz ekstremalnie niekorzystne dla hybryd z wtyczką. Nikt nie chce tracić czasu na uzupełnianie prądu w akumulatorach (infrastruktura elektryczna takich aut zwykle nie pozwala przyjmować energii w satysfakcjonującym tempie), więc jesteśmy skazani na korzystanie właściwie wyłącznie ze spalinowego silnika. Te w popularnych modelach często nie należą do zbyt pojemnych i mocnych, więc przy wyższych prędkościach muszą pracować na wysokich obrotach. Nawet gdy nie korzystamy z elektrycznego wspomagania, wozimy ze sobą ciężkie – choć puste – akumulatory, co również wpływa na zwiększony apetyt na paliwo. Sytuacja staje się jeszcze trudniejsza dla tego typu napędów, gdy znajdziemy się za naszą zachodnią granicą, gdzie na niemieckich autostradach na licznych odcinkach nie obowiązują ograniczenia prędkości i możemy legalnie rozpędzać się do wartości zakazanych w innych krajach.
Subskrybuj