Zwyczaj wieszania portretów przywódców w miejscach publicznych, a osobliwie w szkołach, na dobre rozgościł się na ziemiach polskich w okresie zaborów, czyli w XIX i XX wieku. Cesarze, królowie, prezydenci, sekretarze chybotali się na sznurkach w urzędach, w koszarach, w szkolnych klasach. Patrzyli na nas z wszechobecnych portretów niczym orwellowski Wielki Brat. Byli powszechni i towarzyszyli nam przez lata.
Wertując stare księgi, można odnieść wrażenie, że największy brak zrozumienia okazywaliśmy – niech Bóg odpuści – portretom wszystkich trafiających się nam w czasie rozbiorów rosyjskich carów (Zrzucał uczeń portret cara…). Dopiero car Mikołaj II – być może widząc zbliżającą się rewolucję październikową – wpadł na pomysł publicznego prezentowania swej osoby jako świętej, uduchowionej, w odpowiednim anturażu. I co? I nic!
Kiedy brakło portretów, swołocz zaczęła z powodzeniem strzelać do całej carskiej rodziny…
Subskrybuj