R E K L A M A
R E K L A M A

Wieszać czy nie wieszać? Dylemat z obrazami przywódców w miejscach publicznych

Nie pamiętamy, na którym to było programie, ale datę trudno zapomnieć: po meczu ze Szwedami straciliśmy bezpowrotnie nadzieję awansu na mundial. Portret polskiego prezydenta pojawił się najpierw w auli jakiejś szkoły – bodaj na Pomorzu Zachodnim. Ku satysfakcji operatorów kamer i fotografów połowę jego dzielnej twarzy zasłaniał prężny biust stojącej na mównicy pani dyrektor. Kilka dni później kamery pokazały go – niby przypadkowo – wiszącego w którymś technikum na Podkarpaciu. I już było jasne, że tradycji staje się zadość: kolejny nasz pan prezydent każe rozwieszać wśród narodu swoje portrety! 

Fot. Archiwum Allegro

Zwyczaj wieszania portretów przywódców w miejscach publicznych, a osobliwie w szkołach, na dobre rozgościł się na ziemiach polskich w okresie zaborów, czyli w XIX i XX wieku. Cesarze, królowie, prezydenci, sekretarze chybotali się na sznurkach w urzędach, w koszarach, w szkolnych klasach. Patrzyli na nas z wszechobecnych portretów niczym orwellowski Wielki Brat. Byli powszechni i towarzyszyli nam przez lata.

Wertując stare księgi, można odnieść wrażenie, że największy brak zrozumienia okazywaliśmy – niech Bóg odpuści – portretom wszystkich trafiających się nam w czasie rozbiorów rosyjskich carów (Zrzucał uczeń portret cara…). Dopiero car Mikołaj II – być może widząc zbliżającą się rewolucję październikową – wpadł na pomysł publicznego prezentowania swej osoby jako świętej, uduchowionej, w odpowiednim anturażu. I co? I nic!

Kiedy brakło portretów, swołocz zaczęła z powodzeniem strzelać do całej carskiej rodziny…

 

Subskrybuj angorę
Czytaj bez żadnych ograniczeń gdzie i kiedy chcesz.


Już od
22,00 zł/mies




2026-05-03

Tomasz Gawiński, Leszek Mazan