W amerykańskim rozumieniu „biblioteka prezydencka” to połączenie archiwum i muzeum. Miejsce, w którym gromadzi się to, co pochodzi z prezydentury: dokumenty, zdjęcia, nagrania, przemówienia, filmy, a dziś także e-maile i wpisy z mediów społecznościowych. Można tam znaleźć również bardziej namacalne ślady władzy, np. garnitur z dnia zaprzysiężenia, pamiątki sportowe od mistrzowskich drużyn, odznaczenia czy makiety. Są także książki, ale nie one są akurat najważniejsze. Dlatego przewijające się w mediach pytanie o „bibliotekę bez książek” jest prowokacją. Nie chodzi o to, że książek dosłownie nie będzie. Chodzi o wrażenie, że w projekcie Donalda Trumpa sama idea biblioteki – jako miejsca przechowywania i porządkowania historii – schodzi na dalszy plan, a na pierwszy wychodzą spektakl i autoprezentacja.
Subskrybuj