R E K L A M A
R E K L A M A

Czarnek umie się rozpychać. Okno na media

Przemysław Czarnek to kolejne wielkie odkrycie prezesa Kaczyńskiego. Tym razem nie towarzyskie, jak było z Julią Przyłębską, lecz na wskroś polityczne. Szukano w PiS kandydata na premiera w przyszłym rządzie i jak królik z kapelusza wyskoczył poseł Czarnek. Był już wojewodą, ministrem edukacji, naraził się nie tylko uczniom i nauczycielom, ale także znacznej części rodziców. Butą, arogancją, totalną walką ze środowiskami LGBT zamierzał minister Czarnek unowocześniać nasze szkolnictwo.

Fot. Wikimedia

Tym, którzy już nie pamiętają, przypominam, że jest to ten sam minister edukacji, który w Polsacie, w „Śniadaniu u Rymanowskiego”, nazwał Biedronia degeneratem i w żaden sposób nie chciał europosła przeprosić. Prezes Kaczyński uważa jednak, że taki zakapior, krzykacz będzie doskonałym kandydatem na premiera. A że czasem zachowuje się jak pierwowzór zza oceanu, to nie wada, lecz zaleta. Jeżeli Czarnek będzie równie dobrym naśladowcą jak prezydent, to operacja musi się udać. Prezes wierzy – a wiara prezesa to więcej niż wiara arcybiskupa Jędraszewskiego – że w przyszłym roku PiS odzyska władzę, a do zwycięstwa poprowadzi ich premier Czarnek.

Kandydat na premiera ma wyjątkowe parcie na szkło. Gdzie kamera telewizyjna, tam zaraz pełno Czarnka. Rozpychać się też potrafi. W ławach sejmowych, ruchem konika szachowego, znalazł się na miejscu Ryszarda Terleckiego. Nawet się poseł Terlecki nie obejrzał, a już go premier in spe wykolegował z honorowej pozycji, obok prezesa Kaczyńskiego.

W pierwszej ławie od frontu, obok byłego premiera i byłego wicepremiera, przyszły premier, napuszony, prezentuje się jak co najmniej dwie trzecie prezydium przyszłego rządu PiS. I, co najważniejsze, żaden zwyczajny poseł przyszłego premiera nie zasłania. Tylko prezes prezentuje się jeszcze bardziej mikro. Przy Terleckim jakoś wydobywał się z tła…

Elektorat topnieje, notowania spadają, więc dla ratowania elektoratu prezes wysłał posła Czarnka w Polskę. Pielgrzymka namaszczonego premiera pod wieloma względami jest wyjątkowa. Wiece mają charakter ekskluzywny, a Czarnek spotyka się – tylko z „prawdziwymi” Polakami – przy stole, a stół wozi ze sobą. Mebel jest specjalnie chroniony i na wiecach rytualnie eksponowany. W centralnym punkcie stoi stół, a premier wokół niego biega. Dlaczego stół? Stół to symbol, wyjaśnia Czarnek, przy stole, jak tradycja nakazuje, spotyka się rodzina. Kolędując więc po wsiach i miastach, przekonuje przekonaną rodzinę do prawd oczywistych, wydumanych przez niestrudzenie panującego prezesa.

Przyszły premier przy wędrownym stole przebudza wiernych wyborców. „Przebudzenie, czas na głos Polaków” – to szyld, pod którym odbywają się spotkania. A co się stanie, jak przebudzą się nie ci Polacy i dadzą głos? W okresie przedświątecznym przyszły premier straszy przede wszystkim drożyzną i biedą. W Polsce jest już tak biednie, że biedniej być nie może. A żeby uwiarygodnić drożyznę, ustawia się Czarnek przed kamerami na tle Hali Mirowskiej, najdroższego bazarku w stolicy, i epatuje telewidzów cenami. Telewidzowie tymczasem, kilka ulic dalej, w markecie, kupują masło po 1,99 zł, cukier za 2,50 zł, schab po 18 zł. Innym razem, w mieście powiatowym, Czarnek wykrzykuje, bo tylko krzyczeć potrafi: „Nie obiecuję benzyny za 5,19, ale zapewniam, że tu, na tym stole, rząd prawicy położy rozwiązania, by ulżyć Polakom… Jesteśmy za czystym powietrzem, nie znaczy to jednak, że mamy się zamknąć w stodołach… Ślad węglowy to jest szaleństwo Unii Europejskiej, ale my nie chcemy polexitu, my chcemy tuskexitu”… Takie brednie opowiada na każdym spotkaniu, a „rodzina” bije brawo. Telewizje to transmitują, i dobrze. Wydawcy w TVP, Polsacie i TVN swój rozum mają. 

2026-04-09

Andrzej Maślankiewicz