Już na dzień dobry miałem pewien problem z nowym graczem rodem z Chin. Niby to tylko nazwa, jednak słowo Exlantix nie tylko brzmi dziwacznie i jest niewdzięczne do wymówienia, ale skojarzyło mi się z pokraczną wariacją pojęcia ekskluzywny. A chiński i ekskluzywny budzą sprzeciw w mojej głowie, więc pewnie stąd ten trudny początek naszej znajomości. Gdy podczas konferencji prasowej wytłumaczono etymologię nazwy jednego z dwóch debiutujących modeli, zrobiło się prościej i przyjemniej, bo ES to nic innego jak „elektryczny sedan”. Niestety, znów pojawiły się skojarzenia. Nie potrafiłem wyprzeć faktu, że ES to przecież dobrze znany Lexus, produkowany od końca lat 80., który w swojej ósmej odsłonie właśnie trafia do salonów samochodowych. Plagiat, kalka, skandal?! W obecnych realiach, gdy kolejne azjatyckie marki wyrastają jak grzyby po deszczu, raczej nikt się tym nie przejmuje, a już na pewno nie Chińczycy… Przedstawiciele Exlantixa wolą skupiać się na roztaczaniu wizji, że stylistyka ich aut odwołuje się do tajemniczej Atlantydy i jest związana z „płynnym ruchem wody”… Poetyckie wywody marketingowców poszły chyba o krok za daleko, lecz trzeba uczciwie oddać, że rzeczywiście samochody spod szyldu tej marki prezentują się ciekawie. Z bardziej pragmatycznych informacji warto wspomnieć, że w 2026 roku ma powstać w Polsce siedem salonów Exlantixa, a auta będzie można serwisować także w punktach Omody i Jaecoo, wszak każda z firm należy do jednego potężnego koncernu Chery.
Subskrybuj