I takie wyobrażenie ludzkiej natury ekonomiści lansowali przez dziesięciolecia, aż zakwestionowała go współczesna ekonomia behawioralna, twierdząca, że nie jesteśmy egoistami, wręcz przeciwnie – chcemy działać dla dobra innych.
Na cyniczne pytanie, które czasem przychodzi nam do głowy – I co ja z tego będę miał? – odpowiedź jest optymistyczna: pomaganie innym po prostu się opłaca. Wystarczy przypomnieć sobie sytuację, kiedy ktoś nam pomógł, wyświadczył choćby drobną przysługę. Te przysługi budują kapitał ludzki – sieć wzajemnych relacji i zaufania. A tam, gdzie panuje zaufanie, życie jest łatwiejsze. Mówiąc prościej: jeśli pomagamy ludziom, zwiększamy szansę, że kiedyś ktoś pomoże nam. Działamy więc w interesie i własnym, i wspólnym.
Dobre uczynki nie zawsze są bezinteresowne. Czasem pomagamy, bo chcemy poczuć się lepiej, uniknąć wyrzutów sumienia albo dobrze wypaść w oczach innych. Ale czy to coś złego? Niekoniecznie. Jeśli efektem jest realne wsparcie, powód schodzi na drugi plan. Zresztą spójrzmy na to praktycznie. Człowiek życzliwy i pomocny ma więcej znajomych, łatwiej załatwia rozmaite sprawy i rzadziej pozostaje sam ze swoim problemem. Prospołeczność działa również jak smar w mechanizmie społecznym. Bez niej wszystko zaczyna zgrzytać, pojawia się więcej nieufności, więcej konfliktów. A wtedy wszyscy tracą. Natomiast kiedy współpracujemy, koszty życia – zarówno finansowe, jak i emocjonalne – maleją.
Pomaganie można zatem postrzegać jako inwestycję, która wprawdzie nie zawsze przynosi natychmiastowy zysk, ale w dłuższej perspektywie zwraca się z nawiązką w postaci wdzięczności, dobrej reputacji, większego kręgu przyjaciół. Bo choć lubimy myśleć o sobie jako o niezależnych jednostkach, to w rzeczywistości jesteśmy od siebie bardziej zależni, niż chcielibyśmy przyznać. Dlatego działanie na rzecz innych okazuje się bardzo rozsądną strategią.