R E K L A M A
R E K L A M A

Po co nam rzecznik? Gdy droga sądowa jawi się jako lepsza

Przy Rzeczniku Praw Pacjenta działa Fundusz Kompensacyjny Zdarzeń Medycznych, który ma skrócić drogę poszkodowanym pacjentom do otrzymania odszkodowania i zadośćuczynienia.

Fot. Pixabay

W ubiegłym roku z powodu bólu brzucha zlokalizowanego po lewej stronie pan X wezwał zespół pogotowia ratunkowego, który zawiózł go do szpitalnego oddziału ratunkowego pobliskiego szpitala. Podczas wywiadu lekarz dyżurny dowiedział się, że pacjent cierpi na napadowe migotanie przedsionków serca. Wykonano badanie EKG, które niczego nie wykryło. W badaniu fizykalnym nie stwierdzono objawów otrzewnowych.

Podczas pobytu w SOR-ze wystąpiły wymioty treścią pokarmową. Przeprowadzono tomografię komputerową, która wykluczyła ostre stany jamy brzusznej. Po podaniu leków X został wypisany do domu.

Następnego dnia ból wrócił, towarzyszyły mu też zawroty głowy. Karetka znowu zawiozła X do szpitala. Brak wolnych miejsc w oddziale spowodował, że pacjent pozostał w SOR-ze, gdzie doszło do nagłego zatrzymania krążenia. Zastosowano reanimację. Mężczyznę przewieziono na oddział intensywnej opieki medycznej, gdzie nastąpił zgon. Badanie pośmiertne wykazało, że doszło do pęknięcia tętniaka rozwarstwiającego aorty.

Sprawą leczenia pana X zajął się rzecznik praw pacjenta, który z urzędu wszczął postępowanie i po przeprowadzeniu postępowania wyjaśniającego ustalił, że w trakcie leczenia pana X nie dołożono należytej staranności.

– Rzecznik jest prawnikiem, jednak dysponuje liczącą ponad 200 osób radą ekspertów z różnych dziedzin medycyny – mówi dr Ryszard Frankowicz. – Mimo to, oceniając ten przypadek, wielokrotnie się pomylił, a przede wszystkim wskazał niewłaściwą przyczynę zgonu. Niewłaściwie opisano też jedno ze zdjęć klatki piersiowej. Główną przyczyną zgonu było zbyt długie oczekiwanie w SOR-ze na wolne łóżko na oddziale (31 godzin). Podczas badania obrazowego musiał być widoczny płyn oraz tętniak rozwarstwiający. Nie wiem też, czy decyzja rzecznika oznacza wypłatę zadośćuczynienia dla rodziny z funduszu.

Bez orzekania o winie

Według szacunkowych wyliczeń Stowarzyszenia Praw Pacjenta Primum Non Nocere każdego roku w Polsce dochodzi do około 30 tys. przypadków jatrogennych (spowodowanych przez pracowników medycznych w procesie leczenia), w których pacjenci tracą zdrowie i życie.

W praktyce ta liczba jest zapewne jeszcze wyższa. Przez lata były prezes stowarzyszenia, nieżyjący już dr Adam Sandauer, próbował zainteresować instytucje odpowiedzialne za nasze bezpieczeństwo zdrowotne stworzeniem takiej bazy danych. Ale ani ministerstwu, NFZ-owi, ani sejmowej Komisji Zdrowia czy samorządowi lekarskiemu, nie mówiąc już o zakładach opieki zdrowotnej, na tym nie zależy. Mogłoby się bowiem okazać, że rzetelne dane byłyby porażające i mogły zostać wykorzystane przeciwko wspomnianym instytucjom.

Od roku 2012 do 2024 istniały wojewódzkie komisje do spraw orzekania o zdarzeniach medycznych, które rozpatrywały sprawy poszkodowanych pacjentów. W ich skład wchodzili prawnicy i lekarze. Czternastu desygnował właściwy miejscowo wojewoda, po jednym minister zdrowia i rzecznik praw pacjenta.

W przypadku zakażenia, uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia kwota obejmująca wysokość odszkodowania i zadośćuczynienia nie mogła przekraczać 100 tys. zł, a w przypadku śmierci maksymalna to 300 tys. zł.

W teorii była to interesująca koncepcja, lecz w praktyce martwe ciało, które wydłużało, a nawet utrudniało dochodzenie odszkodowań przed sądami powszechnymi.

Po 10 latach tego eksperymentu komisje zastąpiono Funduszem Kompensacyjnym Zdarzeń Medycznych przy Rzeczniku Praw Pacjenta.

Jak czytamy na stronie RPP, fundusz ma zapewnić szybką, pozasądową drogę do uzyskania rekompensat dla osób, które podczas pobytu w szpitalu doznały uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia albo uległy zakażeniu szpitalnemu. W przypadku śmierci pacjenta świadczenie przysługuje również jego bliskim.

Maksymalna kwota świadczenia to 230 821 zł. W przypadku śmierci pacjenta świadczenie wynosi do 115 411 zł dla każdej z uprawnionych osób.

Uzyskanie świadczenia nie wymaga udowodnienia winy podmiotu leczniczego. Podstawowym warunkiem jego przyznania jest stwierdzenie, że doszło do zdarzenia medycznego, którego z wysokim prawdopodobieństwem można było uniknąć, gdyby świadczenie zdrowotne zostało udzielone zgodnie z aktualną wiedzą medyczną albo gdyby zastosowano inną dostępną metodę diagnostyczną lub leczniczą.

W ubiegłym roku wydano 875 pozytywnych decyzji dotyczących wypłaty środków z funduszu. W tym zapewne będzie więcej.

Czy fundusz jest potrzebny? W Skandynawii od lat istnieją podobne instytucje, które funkcjonują w oparciu o model no-fault (bez orzekania o winie), co oznacza, że pacjent nie musi udowadniać błędu lekarza, lecz jedynie związek przyczynowo- skutkowy między leczeniem a uszczerbkiem na zdrowiu.

W Norwegii jest to instytucja państwowa, do której w pierwszej połowie 2025 roku trafiło 4300 wniosków. Jak na kraj liczący 5,5 mln mieszkańców i dysponujący dobrym systemem opieki zdrowotnej jest to liczba zaskakująco duża. Podobne fundusze istnieją w Szwecji i Danii, gdzie nacisk kładziony jest na edukację i poprawę bezpieczeństwa, a nie karanie pracowników służby zdrowia, co w polskich warunkach nie zdałoby egzaminu i było usankcjonowaniem bezkarności.

Lepszy sąd niż urząd

– Jeżeli pacjent decyduje się na dochodzenie odszkodowania czy zadośćuczynienia, uszczerbek na zdrowiu jest zazwyczaj poważny. Kwoty odszkodowania muszą więc być odpowiednio wysokie, gdyż inaczej następuje deprecjacja ludzkiego życia i zdrowia – dodaje dr Frankowicz. – Czy 100 lub 200 tys., w sytuacji gdy szkoda ma wpływ na zdrowie i funkcjonowanie pacjenta niekiedy do końca jego życia, to sprawiedliwe zadośćuczynienie? W większości przypadków nie. Nie można też zapominać, że przyjęcie zadośćuczynienia/odszkodowania z funduszu zamyka drogę do dochodzenia roszczeń przed sądem powszechnym w zakresie tych samych roszczeń. W sądach powszechnych zasądzane są coraz wyższe sumy. To już nie są niewielkie pieniądze, jak przed 30 laty, które w ustnym uzasadnieniu niektórzy sędziowie porównywali do własnych pensji. Dziś, zwłaszcza w przypadkach mózgowego porażenia dziecięcego, gdy pieniądze są niezbędne do funkcjonowania poszkodowanego przez całe życie, to już kwoty dochodzące niekiedy do 5 mln zł, co przy obecnych kosztach leczenia i opieki czasem nie wystarcza na pokrycie wszystkich wydatków przez dziesięciolecia. Dlatego wszystkim poszkodowanym pacjentom doradzam, żeby skorzystali ze ścieżki dochodzenia odszkodowania przed sądami powszechnymi. Ta procedura ma oczywiście wady, przede wszystkim przewlekłość postępowań, co sprawia, że trwają one latami (jednak w razie wygrania poszkodowany dostanie odszkodowanie powiększone o odsetki ustawowe). Sprawy zdarzeń medycznych można zdecydowanie przyśpieszyć, gdyby wreszcie uchwalono przystającą do współczesnych czasów ustawę o biegłych i gdyby nierzetelni i niedbali biegli, a takich jest niestety sporo, byli karani karnie, cywilnie lub dyscyplinarnie, w zależności od skali przekroczenia przepisów. Należy też skończyć z traktowaniem dokumentacji medycznej jako dokumentów o silnym domniemaniu zgodności z prawdą. W swojej praktyce zapoznałem się z ponad 20 tys. takich spraw i muszę z przykrością stwierdzić, że fałszowanie lub uzupełnianie dokumentacji już po zakończeniu leczenia to nie wyjątek, choć może jeszcze nie reguła. Wreszcie kwestia ustrojowa. Za czasów ministra Łapińskiego byłem pierwszym rzecznikiem praw pacjenta, który wówczas znajdował się w strukturze resortu i nie ma żadnych wątpliwości, że ten urząd ma sens tylko wtedy, gdy będzie obsadzany przez Sejm, a nie podległy premierowi. 

2026-03-26

Krzysztof Różycki