Trzy miliony złotych – tyle, według warszawskiej prokuratury, wyniosły straty firm kurierskich i ubezpieczeniowych wywołane działalnością pięciu szpiegów, którzy na polecenie rosyjskiego wywiadu mieli zorganizować „wybuchowe przesyłki”. Ich działalność mogłaby kosztować życie setek osób i doprowadzić do chaosu międzynarodowego, gdyby nie współpraca kontrwywiadów europejskich państw i drobne błędy popełnione w trakcie przygotowywania zbrodniczych akcji.
Zapalnik w pudełku
Było piątkowe popołudnie, 19 lipca 2024 roku. Gorący, letni dzień. Mieszkańcy Wilna, którzy nie wyjechali na wcześniej zaplanowane wakacje, powoli szykowali się do zakończenia dnia pracy. Nikt nie zwrócił szczególnej uwagi na młodego mężczyznę, który zgłosił się do punktu firmy kurierskiej DPD w zachodniej dzielnicy litewskiej stolicy i powiedział, że chce nadać przesyłkę do swojego przyjaciela mieszkającego w Warszawie. Rutynowo poproszony przez pracownika firmy o informację, co znajduje się w środku, stwierdził, że wysyła poduszkę mającą specjalne właściwości lecznicze dla karku. Podał też nazwisko (jak się później okazało, fałszywe) nadawcy. Pracownik firmy przyjął to wszystko do wiadomości, wpisał, wydrukował list przewozowy, przykleił i poprosił o uregulowanie rachunku za usługę (łącznie około 18 euro).
Młody człowiek zapłacił gotówką. Potem wyszedł z punktu obsługi, a pracownik firmy zaniósł pudełko z poduszką do magazynu. Jeszcze tego samego dnia do punktu nadania przyjechał kierowca furgonetki i zabrał wszystkie przesyłki, aby przewieźć je do magazynu logistycznego. Tam miały być posortowane i skierowane do dalszego transportu. Młody człowiek, który przyszedł do punktu nadania przesyłek, zataił przed pracownikami firmy kurierskiej dwie informacje. Po pierwsze: że nazwisko, które podał w rubryce „nadawca”, było fałszywe. Faktycznie bowiem nazywał się Vladislav D. i był obywatelem Ukrainy (przed wojną mieszkał we wschodniej części kraju, dziś zajętej przez rosyjskie wojska). Zataił też, że wewnątrz leczniczej poduszki ukryte są substancje łatwopalne i zapalnik zaprogramowany tak, aby doprowadzić do wybuchu po 48 godzinach.
Seria przesyłek
Młody człowiek popełnił jeden błąd: do punktu nadania zabrał ze sobą telefon komórkowy. Analiza zapisów jego geolokalizacji pozwoliła później prokuratorom drobiazgowo prześledzić to, co robił po wyjściu z biura firmy kurierskiej. A jak się miało okazać… pojechał do drugiego punktu nadań tej samej firmy. Tam z kolei zadeklarował, że chce wysłać przesyłkę do Londynu. Znowu rutynowo pokonał procedury, nie zwrócił na siebie niczyjej uwagi, zaadresował paczkę, zapłacił i wyszedł. Potem pojechał do trzeciego punktu – ale już należącego do innej firmy kurierskiej. Tam nadał dwie kolejne trefne przesyłki: jedną do Birmingham – dużego miasta w środkowej Anglii, drugą ponownie do Warszawy (tym razem zaadresowana była na inną osobę). Vladislav D. nieniepokojony przez nikogo, wyszedł po dokonaniu formalności.
Spośród czterech nadanych przesyłek do celu dotarła tylko jedna – ta zaadresowana do Warszawy. Podczas śledztwa stołecznej prokuratury okazało się, że urządzenie zapalające było źle skonstruowane i nie zadziałało. Za to druga paczka zapaliła się 21 lipca 2024 roku w naczepie tira w Jabłonowie na terenie Polski. Dzień wcześniej w magazynie firmy kurierskiej w Lipsku (na terenie wschodnich Niemiec) zapaliła się paczka adresowana do Londynu, a później – 22 lipca – ta adresowana do Birmingham. Jej efektem był pożar, który objął magazyn logistyczny firmy kurierskiej znajdujący się na lotnisku w tym mieście. Spłonęły w nim dziesiątki innych paczek. Jak później wykazało śledztwo, samozapłon zaprogramowano tak, aby wywołał pożar w momencie, gdy paczka będzie się znajdowała w samolocie transportowym lecącym do Wielkiej Brytanii. Dlaczego ten plan się nie powiódł? Dlatego, że samolot spóźnił się i nie zdążył na czas zabrać przesyłek adresowanych do Anglii.
Trzy pożary wybuchające w tak krótkim czasie nie mogły być dziełem przypadku. Wszyscy specjaliści, niezależnie od siebie, odkryli samozapłony i uznali z całą pewnością, że pożary były wynikiem zadziałania mechanizmu samozapalającego, skonstruowanego przez profesjonalistów i umieszczonego w paczkach. A skoro mechanizm był podobny, a wszystko zbiegało się w czasie, należało postawić tezę, że pożary są aktem dywersji. I wtedy pojawiło się bardzo ważne pytanie: ile jeszcze przesyłek zawierających materiały wybuchowe znajduje się w magazynach logistycznych firm kurierskich?
Nocna akcja
Niemieckie służby, które bardzo profesjonalnie wyjaśniały sprawę, zdecydowały, że należy powiadomić kolegów z innych państw o możliwości zagrożenia magazynów logistycznych. Tak się też stało. W rezultacie w tajemnicy przed opinią publiczną funkcjonariusze wielu państw rozpoczęli nocne sprawdzanie wszystkich paczek we wszystkich magazynach logistycznych. Żmudnie badano każdą przesyłkę promieniami rentgenowskimi, przepuszczając ją przez specjalną bramkę. Doprowadziło to do szokującego odkrycia. W dwóch kartonach nadanych 1 sierpnia w Warszawie do Kanady i USA znowu ujawniono urządzenia samozapalające. Znajdowały się w paczkach z odzieżą. – Wysyłanie przesyłek do USA i Kanady miało natomiast charakter testowy i służyło sprawdzeniu kanałów logistycznych oraz czasu międzynarodowego transportu przesyłek, w szczególności drogą lotniczą – mówi prokurator Przemysław Nowak z Prokuratury Krajowej. Technicy natychmiast odseparowali przesyłki i nie dopuścili do ich załadowania do samolotów. Gdyby do samozapalenia, a następnie wybuchu doszło w momencie podchodzenia dużego samolotu do lądowania, szkody byłyby niewyobrażalne. Szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego (po stronie polskiej odpowiadała za kontrolę zawartości przesyłek) 5 sierpnia zawiadomił prokuratora generalnego. W rezultacie w mazowieckim wydziale Prokuratury Krajowej wszczęto śledztwo (sygnatura akt 1001- 105.Ds.74.2024) w sprawie przestępstwa spowodowania powszechnego niebezpieczeństwa dla dużej grupy osób.
Siatka sabotażystów
Ustalenie miejsca i dokładnego czasu nadania paczki nie stanowiło problemu, podobnie jak poznanie tożsamości nadawcy. Okazało się, że obywatel Ukrainy, który wysłał trefne paczki, na stałe mieszka w Polsce. Potwierdziły to zresztą dane geolokalizacyjne jego telefonu. Wynikało z nich, że przyjechał z Polski do Wilna tylko po to, aby nadać przesyłkę z ładunkiem wybuchowym, a zaraz potem wrócił do naszego kraju. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zatrzymała go tego samego dnia – 5 sierpnia 2024 roku.
Przełomem okazało się jednak przebadanie danych zapisanych w telefonie Vladislava B. Z korespondencji prowadzonej w języku rosyjskim przez bezpieczne komunikatory internetowe wynikało, że B. działał na polecenie obywatela Rosji – Jaroslava M. Ten ostatni wydawał polecenia co do tego, jak przeprowadzić całą akcję. Robił to, przebywając w Azerbejdżanie i wymieniając wiadomości z organizatorami przestępczego planu.
Według warszawskiej prokuratury M. zwerbował kilkanaście osób dla rosyjskiego wywiadu i stworzył z nich siatkę sabotażowo-dywersyjną. Oprócz Vladislava D. byli to Ukraińcy: Vladislav B., Vyacheslav C., Serhij Y. i obywatel Rosji Aleksander B. Każdy z nich odgrywał swoją rolę w przygotowaniach do aktu sabotażu. Prokuratorzy postawili im zarzut działania na rzecz wywiadu Federacji Rosyjskiej, polegającego na przygotowywaniu aktu sabotażu. Za ten czyn polski Kodeks karny (art. 130 ust. 7) przewiduje nawet dożywotnie pozbawienie wolności. Ze względu na to zagrożenie wszyscy trafili do aresztu, gdzie przebywają do dziś. – Celem działań oskarżonych było osłabienie bezpieczeństwa oraz destabilizacja funkcjonowania infrastruktury logistycznej i lotniczej państw Unii Europejskiej, Wielkiej Brytanii oraz Rzeczypospolitej Polskiej, a także wywarcie wpływu na postawy społeczne i polityczne w związku z wojną w Ukrainie – mówi prokurator Nowak. Teraz śledczy szukają pozostałych uczestników niebezpiecznej siatki, zwerbowanych przez Jaroslava M.