To jak zmiana środowiska z cichej małej wioski na gigantyczny obszar z ogromnym ruchem i permanentnym hałasem, gdy tymczasem nasz mózg wciąż tkwi gdzieś w epoce łowców-zbieraczy, w której tłum, hałas i wszechobecna presja były synonimem śmiertelnego zagrożenia. Naukowcy odkryli, że mózg mieszkańca miasta działa inaczej niż mózg wieś niaka – i nie jest to porównanie pejoratywne, tylko biologiczne. Podczas gdy kontakt z naturą uspokaja i reguluje emocje, miejskie życie stawia nas w poczuciu wiecznego oblężenia. Miastowi częściej zmagają się z lękami, depresją i wszelkimi innymi zaburzeniami nastroju, bo ich mózgi nieustannie reagują na bodźce nieistniejące w przyrodzie.
Wyobraź sobie poranny spacer: najpierw sygnały klaksonów jak werble wojenne, potem ludzie idący tak szybko, jakby przed czymś uciekali, do tego w tle symfonia orkiestry złożonej z tramwajów i autobusów. Nic dziwnego, że umysł zaczyna się buntować. Kiedy badacze patrzyli na skany mózgów mieszkańców miast, zauważyli większą aktywność struktur odpowiedzialnych za strach i stres. Z drugiej strony, miasto ma przecież ogromne zalety: kulturę, kino, knajpy, wiele możliwości rozwoju i ciekawego spędzenia czasu. Ale ma również swoją cenę: bezsenne noce, chandry, apatie, lęki. Badania pokazują, że ryzyko wystąpienia zaburzeń lękowych u mieszkańców dużych miast jest wyraźnie wyższe niż u osób żyjących poza nimi, a w przypadku schizofrenii wzrasta nawet dwukrotnie. Nie dlatego, że miasto „wariuje”. Po prostu mózg – bombardowany bodźcami – nigdy nie dostaje sygnału: odpuść. Hałas to nie tylko irytujący dodatek do życia, ale czynnik biologicznie mierzalny.
Stałe dźwięki powyżej 55 decybeli podnoszą poziom kortyzolu, hormonu stresu, nawet wtedy gdy śpimy. Do tego dochodzi światło: latarnie, reklamy, witryny sklepowe. Sen w mieście bywa bardziej drzemką niż regeneracją. Kolejny wróg to tłok. Paradoksalnie, w miejscu, gdzie ludzi jest najwięcej, rośnie poczucie samotności. Mijamy dziennie setki twarzy, jednak kontakt z nimi jest czysto funkcjonalny: „przepraszam”, „czy to wolne?”, „następny proszę”. Mózg odbiera tłum jako zagrożenie, a brak więzi społecznych pogłębia stres.