14 lat więzienia – takiej kary Prokuratura Koronna w Kent (wschodnia Anglia) żąda dla Eryka K. – polskiego kierowcy oskarżonego o przemyt broni do Wielkiej Brytanii. Trzy miesiące śledztwa, choć przyniosły dowody wystarczające do skazania Polaka, nie dały odpowiedzi na najważniejsze pytania: kto był dostawcą i odbiorcą pistoletów. Śledczy liczą na to, że K. pomoże to ustalić w zamian za łagodniejszy wyrok. Jednak obywatel Polski milczy, a śledczy stoją w martwym punkcie.
Wielka kontrabanda
Był czwartek 15 maja 2025. Ciepły, deszczowy dzień. Około południa do doków w brytyjskim porcie Dover przybił prom po ponad dwóch godzinach rejsu z francuskiego Calais. Ciężarówki i samochody osobowe zaczęły zjeżdżać z pokładu i ustawiać się w kolejki do odprawy celnej i granicznej. Od kiedy Wielka Brytania opuściła Unię Europejską, na jej granicach przywrócono rygorystyczne kontrole. Każdy kierowca i pasażer musi pokazać dokumenty uprawniające go do wjazdu na terytorium Zjednoczonego Królestwa i jeśli strażnicy graniczni przepuszczą go, musi się jeszcze ustawić w kolejce do odprawy celnej. Jej elementem jest dokładna kontrola każdego samochodu, prowadzona z użyciem promieni rentgenowskich.
Dyżurny oficer rutynowo skierował do kontroli Renault Scenic na polskich numerach rejestracyjnych. Chwilę później na jego monitorze zaświeciła się czerwona lampka, a system wydał sygnał ostrzegawczy. Wszystko dlatego, że promienie rentgenowskie wykryły dziwne opakowanie i metalowe części ukryte pod tylnym siedzeniem. Oficer natychmiast wezwał kolegów, a ci kazali kierowcy zjechać na specjalne miejsce postojowe. Tam, nagrywani przez kamery, zdjęli całą tylną kanapę. Wówczas ich oczom ukazała się duża plastikowa skrzynka umieszczona w specjalnej przestrzeni wyżłobionej ręcznie. Jeden z oficerów wyciągnął skrzynkę i otworzył ją. Zobaczyli pistolety owinięte w folię bąbelkową i poukładane jeden obok drugiego w taki sposób, aby zajmowały jak najmniej miejsca. Kierowca – Eryk K. – dowiedział się, że jest zatrzymany pod zarzutem przemytu broni w większej liczbie (według brytyjskiego prawa „większa liczba” to co najmniej dziewięć sztuk).
Bez śladów
Gdy Eryk K. z kajdankami na rękach jechał do policyjnego aresztu, do portu w Dover ściągnięto dwóch specjalistów NCA – Narodowej Agencji Kryminalnej (wyspecjalizowana jednostka policyjna ścigająca zorganizowaną przestępczość) – technika kryminalistycznego i specjalistę od broni. Ten ostatni napisał później w raporcie: ujawniono 61 sztuk pistoletów samopowtarzalnych Glock 17 generacji 3 kaliber 9 x 19 milimetrów, wszystkie z magazynkami, wszystkie magazynki wypełnione amunicją, numery seryjne każdego pistoletu usunięte. Wszystkie sztuki broni w stanie dobrym, gotowe do natychmiastowego użycia. Okazało się, że to największa zlikwidowana próba przemytu broni do Wielkiej Brytanii przez port w Dover od 40 lat.
Technik precyzyjnie sfotografował skrzynkę i każdą sztukę broni owiniętej w folię. Później, zgodnie z procedurami, przewiózł wszystko do laboratorium, do dalszych badań. Skrzynkę znalezioną w tylnej części Renault, folie i każdy pistolet poddano precyzyjnym badaniom daktyloskopijnym (linie papilarne), osmologicznym (ślady zapachowe), traseologicznym (ślady ubrań) i w końcu biologicznym. Ani na pistoletach, ani na foliach nie ujawniono żadnych śladów, które pozwolą zidentyfikować sprawców – napisał w raporcie technik prowadzący badanie. – Najprawdopodobniej osoba lub osoby organizujące przemyt profesjonalnie usunęły wszelkie ślady, a później spakowały broń, używając foliowych rękawiczek. Technicy zwrócili też uwagę na to, że pistolety owinięte były w grubszą folię, którą spryskano specjalną substancją, aby zmylić psa tropiącego.
Nieco lepszy rezultat przyniosły badania daktyloskopijne skrzynki. Tam udało się zabezpieczyć odciski palców należące co najmniej do trzech osób. Następnego dnia rankiem porównano je z liniami papilarnymi Eryka K. Okazało się, że nie należą do niego.
Na chrzciny
Brytyjskie prawo pozwala na zatrzymanie podejrzanego na 24 godziny. Przedłużyć areszt może tylko sąd na wniosek prokuratury lub NCA, a przed wydaniem decyzji ma obowiązek wysłuchać zatrzymanego. W piątek 16 maja Eryka K. przewieziono do sądu w Canterbury. Oficer NCA formalnie złożył wniosek, aby K. za kratkami poczekał na ostateczny wyrok w sprawie. Uzasadniał to tym, że Polak podejrzany jest o przestępstwo, za które grozi mu 14 lat więzienia, a poza tym jest cudzoziemcem, nie mieszka ani nie pracuje na terenie Zjednoczonego Królestwa i może próbować uciec, co utrudni postępowanie w jego sprawie. Podnosił też, że dla wyjaśnienia pełnych okoliczności przemytu broni potrzebne będą dalsze przesłuchania K.
Eryk K. przesłuchiwany przez sędziego podał zupełnie inny przebieg zdarzeń. Stwierdził, że do Wielkiej Brytanii przyjechał na chrzciny syna swojego bliskiego przyjaciela, który za pracą wyemigrował z Polski do Wielkiej Brytanii. A z samym przemytem nie ma nic wspólnego: ktoś widocznie podłożył mu skrzynkę z pistoletami do Renault, bez jego wiedzy. Jakby czując rezultat badań kryminalistycznych, K. poprosił sąd, aby nakazał NCA zbadanie znalezionej broni. Sędzia zdecydował, że K. poczeka w areszcie aż do końca procesu.
Za kratki
Eryk K. bronił się w sądzie, że ktoś podrzucił do jego samochodu skrzynkę z pistoletami i zrobił to w taki sposób, że on sam nie był tego świadomy. I powtarzał jak mantrę, że nawet najnowsze badania kryminalistyczne nie wykazały żadnych jego śladów biologicznych ani na broni, ani na skrzynce, ani na foliach. Jednak był jeszcze jeden dowód przeciwko niemu: to zapisy jego rozmów prowadzonych przez bezpieczny komunikator internetowy, ściągnięty na telefon komórkowy. Angielscy specjaliści od informatyki śledczej złamali kody, a potem zabezpieczyli zapisy rozmów, mimo że prowadzone były z funkcją „znikające wiadomości”. Z korespondencji wynikało, że K. miał dowieźć broń w okolice Manchesteru i tam miał czekać na kontakt z odbiorcą broni. Tego ostatniego, niestety, NCA nie udało się zidentyfikować. Rozmowy prowadzone były bowiem przez komunikatory wyposażone w funkcję ukrywania numerów, identyfikowane po specjalnym kodzie wymyślanym przez użytkownika. Analizując tę korespondencję, technik NCA doszedł do wniosku, że rozmówcą Eryka K. był człowiek najprawdopodobniej wywodzący się z bratwy (tak nazywa się mafię czeczeńską). Wskazywał na to charakter językowy komunikacji oraz to, że adres docelowy zapisany na komunikatorze K. to miejsce znajdujące się w części Manchesteru kontrolowanej przez gangi z Czeczenii i Ukrainy.
Liczenie na skruchę
Gdy śledztwo jeszcze trwało, Eryka K. odwiedził w celi aresztu oficer NCA. Złożył mu propozycję: Agencja poprze jego starania o zwolnienie i krótki wyrok (być może nawet w zawieszeniu), pod warunkiem że zdecyduje się na współpracę i lojalnie ujawni wszystkie szczegóły wielkiej kontrabandy. Jednak K. stwierdził, że sam padł ofiarą przestępstwa, bo ktoś wrobił go w przemyt. Proszony o to, by wskazał, dokąd miał jechać, podtrzymywał wersję, że przyjechał na chrzciny dziecka znajomego.
Gdy w sierpniu przed sądem w Canterbury rozpoczął się proces, NCA podnosiło, że K. nie współpracuje z wymiarem sprawiedliwości i kryje wspólników. Oskarżyciel zażądał dla Polaka maksymalnej kary, czyli 14 lat więzienia. Sędzia zasądził 9 lat, ale orzekł też, że w 2029 roku K. będzie mógł skorzystać z warunkowego zwolnienia. Gdyby jednak przypomniał sobie pan, że nie jechał na chrzciny, tylko przyjął zlecenie od grupy przestępczej i chciałby pan o tym opowiedzieć, to wymiar sprawiedliwości pozostawi panu szansę wcześniejszego wyjścia na wolność, aby zmotywować pana do szczerości – mówił prowadzący sprawę sędzia. Wyrok nie jest prawomocny, obie strony odwołały się od niego. Adwokat K. chce uniewinnienia swojego klienta, NCA chce surowszego wyroku, a przede wszystkim uchylenia możliwości warunkowego zwolnienia wiosną 2029 roku. Stawką jest wiedza K. na temat faktycznych okoliczności przemytu i osób, które chciały kupić 61 pistoletów. Tak duża liczba broni w rękach gangów może doprowadzić do tego, że ulice brytyjskich miast spłyną krwią. Jednak Polak nie jest wylewny.