Rząd, spodziewając się, że Nawrocki będzie chciał ustawę odrzucić – włączył do niej mrożenie cen energii. Kancelaria Nawrockiego mówi, że to rodzaj szantażu i że złoży do Sejmu osobny projekt mrożący ceny prądu, w którym nie będzie ani słowa o wiatrakach. – Ustawa wiatrakowa, bo tak w istocie powinniśmy ją nazywać, jest rodzajem szantażu większości parlamentarnej i rządu – nie tylko względem Prezydenta Rzeczypospolitej, ale także względem społeczeństwa. Ta ustawa dotyczy wiatraków, a nie obniżenia cen energii elektrycznej – czytamy na stronie prezydent.pl, co nie do końca jest prawdą, bo ustawa dotyczy jednego i drugiego. Na odpowiedź strony rządowej nie trzeba było długo czekać. – Zła wola albo koszmarna niekompetencja prezydenta Nawrockiego. Niewykluczone, że jedno i drugie. Jego weto oznacza droższy prąd dla wszystkich Polaków – dziś i w przyszłości. Pierwsze egzaminy: z dyplomacji i energetyki oblane. Zapłacą wszyscy – pisał na portalu X premier Donald Tusk. Jako że z perspektywy opozycji to zawodnik wagi najcięższej, w odpowiedziach na tego tweeta znaleźć możemy komentarze posłów Piotra Müllera, Jana Kanthaka czy Zbigniewa Boguckiego. Zacytujmy tego ostatniego: – Panie Premierze@ donaldtusk zła wola to lobbystyczne zapisy dot. wiatraków szkodliwe dla społeczności lokalnych, Armii Polskiej i kierowców, a niekompetencja to wrzucenie do tej ustawy w niekonstytucyjnym trybie zapisów dot. osłon przed wysokimi cenami energii. Warto pochylić się nad tym wpisem, bo zawiera on słowo „lobbing”, którym straszą politycy opozycji. Chodzi o zakulisowe działania biznesu, który próbuje wpłynąć na treść ustawy tak, aby była dla niego najwygodniejsza. Problem polega na tym, że w przypadku ustawy wiatrakowej mamy dwa zwalczające się obozy biznesowe. Każdy zapis korzystny dla nowych form pozyskiwania energii to zapis uderzający w lobby węglowe i odwrotnie.
W 2016 roku rząd Zjednoczonej Prawicy uchwalił absurdalne i drakońskie prawo antywiatrakowe, które sprawiało, że pomimo dogodnych warunków do rozwoju tej technologii stawianie nowych wiatraków w kraju stało się praktycznie niemożliwe. Kampanię antywiatrakową wspierała bardzo mocno europoseł Anna Zalewska, która straszyła ludzi, mówiąc, że ci będą wywłaszczani (sic!), jeśli deweloper zechce postawić wiatrak w pobliżu ich mieszkania. Wtórował jej prezydent Andrzej Duda, który bez ogródek mówił, że zamierza reprezentować interesy biznesów węglowych. – Dopóki ja pełnię w Polsce urząd prezydenta, nie pozwolę, by ktokolwiek zamordował polskie górnictwo. Brzmi to bardzo pięknie. Problem polega tylko na tym, że polskie górnictwo już dawno zostało zamordowane. Teraz uczestniczymy w niezwykle kosztownej operacji podtrzymywania przy życiu nierentownych kopalń, do których – jak mówi dziennikarz Jakub Wiech z portalu Energetyka24.pl – dokładamy milion złotych co godzinę. – Mili państwo, średnia pensja brutto w górnictwie w I półroczu 2025 r. według GUS wynosiła 13 223,08 zł. Dla porównania: w sektorze przedsiębiorstw ogółem średnie wynagrodzenie brutto wynosiło 8828,17 zł. Dorzucamy się wszyscy milion złotych za godzinę, żeby utrzymywać superwysokie płace ludzi, którzy produkują towar, którego nikt nie chce. Taki stan rzeczy ma się utrzymywać aż do 2049 roku. Wynika to z umowy, jaką rząd PiS zawarł z górnikami w 2021 roku. Obejmuje ona nie tylko stopniowe i bardzo powolne wygaszanie kopalń, ale też pakiet osłon socjalnych dla zwalnianych pracowników.
Nic dziwnego, że nowy minister energii Miłosz Motyka zapowiedział w ubiegłym tygodniu, że chciałby umowę renegocjować. Odpowiedź górników była łatwa do przewidzenia: – Nie dopuszczamy możliwości skrócenia harmonogramu wygaszania kopalń. Raczej oczekujemy rozszerzenia zapisów i objęcia nią kolejnych spółek węglowych, choćby PG Silesia, Jastrzębskiej Spółki Węglowej czy Lubelskiego Węgla – mówił Arkadiusz Siekaniec, wiceprzewodniczący Związku Zawodowego Górników. Twarde stanowisko lobby węglowego to nie jest wyłącznie polski problem. Niemcy, które przez lata prowadziły ambitną politykę Energiewende, dopiero w 2019 roku odważyły się ogłosić datę zamknięcia kopalń węgla brunatnego – i będzie to odległy 2038 rok. Hiszpania z kolei dokonała gwałtowniejszego cięcia, negocjując z górnikami pakiety socjalne, ale w zamian zamykając większość kopalń już w drugiej dekadzie XXI wieku. Każdy kraj balansował między kosztem społecznym a gospodarczą koniecznością. Polska wybrała najdłuższe możliwe „przejście”, które w praktyce oznacza sztuczne oddychanie podtrzymujące sektor węglowy przez kolejne dekady.
I tu dochodzimy do sedna sprawy, bowiem drogi węgiel to i droga energia elektryczna. Obniżanie cen prądu bez jednoczesnego rozwijania odnawialnych źródeł energii to czysty populizm. Kancelaria Prezydenta doskonale o tym wie. Projekt obniżenia cen prądu przedstawiony przez Nawrockiego postawił rząd w trudnym położeniu. Sejm prawdopodobnie odrzuci ustawę, bo zwyczajnie nie będzie miał na nią pieniędzy. Prezydent zacznie wtedy grzmieć, że to przez Tuska mamy absurdalnie wysokie rachunki za prąd, a on przecież chciał dobrze. Politycy rządu próbują wykorzystać moment i uświadomić wyborcom, że to Nawrocki spowolnił modernizację i będzie odpowiadał za drogi prąd. Pod wpisami na ten temat na portalu X znalazł się hasztag: #KosztowneWeto, a minister Motyka zaczął nazywać Nawrockiego „prezydentem wysokich rachunków”. – Na starcie kadencji prezydent Nawrocki uderza w Polki i Polaków. Zablokował ustawę, która miała obniżyć rachunki i otworzyć drogę do tańszej, zrównoważonej energii. To jego pierwsze weto – i od razu decyzja przeciwko każdej rodzinie w Polsce. Obietnice z kampanii okazały się pustymi słowami, a rachunki za prąd wzrosną. Zamiast pomóc obywatelom, Nawrocki wybrał drożyznę i blokadę. Cenę zapłacimy wszyscy – wyższymi kosztami życia i utraconą szansą na tańszą energię – czytamy na oficjalnym profilu Lewicy. Warto odnotować, że w sprawie ustawy wiatrakowej niemal cały rząd mówi jednym głosem i praktycznie nikt nie zgłasza zdania odrębnego. Wyjątek stanowi poseł Michał Kołodziejczak, który chyba nie może przeboleć, że przestał być wiceministrem rolnictwa. – Mrożenie cen energii to jest jedno, a drugie to jest ustawa drogowa. Ja mieszkam między wiatrakami. I nikomu tego nie życzę – mówił polityk na antenie Polsatu.
Teraz rząd będzie próbował uciec do przodu i – jak zapowiedziała minister klimatu Paulina Hennig-Kloska – we wrześniu przedstawi swój projekt ustawy mrożącej ceny energii. Przypuszczam jednak, że Nawrocki go zablokuje, mówiąc, że sam przecież przygotował wcześniej podobny projekt. W ten sposób rząd z prezydentem będą się wzajemnie okładać dokumentami o zbliżonej treści, co ułatwi przerzucanie winy za wysokie rachunki, ale na pewno nie pozwoli Polakom zaoszczędzić na prądzie. Eksperci nie mają złudzeń – Politycy mają nieco ponad miesiąc na działanie w sprawie zamrożenia cen energii. Jeśli nie dojdą do porozumienia, wszyscy mogą zapłacić większe rachunki za prąd – mówiła w rozmowie z Interią wiceprezes Agencji Rynku Energii Sylwia Buźniak.
Historia zna jednak przypadki, gdy politycy podjęli decyzje wbrew silnym związkom zawodowym i interesom branżowym. Premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher w latach 80. zdecydowała się otwarcie skonfrontować z górniczym lobby, uznając, że dalsze utrzymywanie nierentownych kopalń to blokada modernizacji. Jej polityka była brutalna, kosztowna społecznie i wywołała falę strajków, które na trwałe zmieniły brytyjską politykę. Ale z perspektywy ekonomicznej pozwoliła Wielkiej Brytanii przyspieszyć transformację i uniknąć dalszego drenowania budżetu przez sektor, który nie miał przyszłości. Polska – choć w innych realiach historycznych i społecznych – stoi dziś przed podobnym dylematem: czy podtrzymywać przy życiu górnictwo jako symbol, czy potraktować energetykę poważnie i wybrać kurs na tani prąd.