R E K L A M A
R E K L A M A

Sikorski, czyli stabilność. Propaństwowe exposé

Za nami doroczne exposé ministra spraw zagranicznych w Sejmie. Dla Radosława Sikorskiego – polityka pełniącego funkcję szefa dyplomacji najdłużej w historii III RP – to już dziesiąte tego typu wystąpienie. Nic więc dziwnego, że weteran wrócił do przećwiczonych zagrań.

Fot. YouTube

Nie będę ukrywał, że kiedy słuchałem wystąpienia, w którym szef MSZ podsumowywał ostatni rok pracy i wyznaczał nowe zadania dla swojego resortu, przeszło mi przez myśl, że ten trochę przynudza. Żadnych fajerwerków ani nowej doktryny ochrzczonej efektowną nazwą. Radosław Sikorski nie powiedział przecież niczego, czego byśmy wcześniej nie wiedzieli. Ba, myślę, że gdyby ktoś włączył jego przemówienie sprzed dwóch lat, to większość słuchaczy nie dostrzegłaby różnicy.

Chwilę później skarciłem się za to w myślach. Bo czy naprawdę rolą ministra spraw zagranicznych jest zaskakiwać i dostarczać gawiedzi rozrywki? Czy ma konkurować z portalami plotkarskimi, dostarczać cytatów pod nagłówki i budować napięcie? Polityka w ostatnich latach – chyba jak każda dziedzina życia – oparła się na bodźcach, na czym wszyscy tracimy. W tym sensie przemówienie Sikorskiego było trochę z innej epoki. I bardzo dobrze.

Nie dziwi, że najwięcej miejsca Sikorski poświęcił Ukrainie i zagrożeniu płynącemu ze strony Rosji. Minister mówił o aktach dywersji, o tym, że Rosja testuje nasze granice i wreszcie – tu warto zacytować – o tym, że powinniśmy być gotowi na wojnę w takiej skali, w jakiej byli gotowi nasi dziadkowie. Ktoś mógłby powiedzieć, że to banał i że to samo Sikorski mówił rok temu, dwa lata temu, a nawet w 2014 roku, gdy Rosjanie zajmowali Krym. Gdybyśmy jednak odcięli się od normalnych mediów – gazet, radia oraz telewizji – i zaczęli budować cały swój światopogląd na podstawie internetu, okazać by się mogło, że słowa Sikorskiego to rzadki i niezwykle potrzebny głos rozsądku.

Od dawna mam poczucie, że Facebook i Instagram to miejsca, w których rosyjska narracja wygrała bitwę o komentarze. Wystarczy wejść pod jakikolwiek proukraiński post. Nawet pod zbiórkę na agregaty dla ludzi siedzących zimą bez prądu. Zamiast elementarnej solidarności – śmiech. „Ja byłem we Lwowie i żadnej wojny nie widziałem”. No tak, bo front jest kilkaset kilometrów dalej, więc wszystko jest w porządku. Do tego teksty, że wojna to ukraiński biznes, że „doją Polaków”, że to wszystko ustawka.

Potem pojawia się reportaż Marii Wiernikowskiej z Rosji, z którego wyparowała wojna. Zostali sympatyczni Rosjanie, którzy lubią Polaków. A przecież to właśnie pominięcie jest dziś najwygodniejszą formą propagandy.

Nie da się też ignorować faktu, że Grzegorz Braun i jego środowisko mają ok. 10 proc. poparcia. Ludzie, którzy rosyjskie czołgi witaliby kwiatami, przestają być marginesem, a sondaże wskazują na to, że bez nich nie uda się zbudować większości w przyszłym Sejmie.

Last but not least – Leszek Miller. Człowiek, który wprowadzał Polskę do Unii Europejskiej, dziś dramatycznie zabiega o miejsce na listach Konfederacji. I robi to, lżąc walczących Ukraińców oraz nagle odkrywając w sobie potrzebę przypominania Polakom „prawdy o Wołyniu” – jakby przez całe swoje wcześniejsze życie polityczne konsekwentnie walczył o odkrywanie białych kart historii.

Z tej perspektywy słowa Sikorskiego to rzadki przejaw uczciwości i polskiego patriotyzmu. Podobnie zresztą było ze słowami ministra o podważaniu roli organizacji międzynarodowych we współczesnym świecie. Niby wszyscy wiemy, że koncert mocarstw rozpoczął się na nowo, a jednak w czasach, w których Donald Trump ignoruje ONZ i tworzy dziwaczną Radę Pokoju, warto to powtarzać. Sikorski robił to zręcznie, budując historyczne porównania i mówiąc, że po upadku nazistowskich Niemiec USA chciały pozyskać pomoc Stalina do walki z Japonią. Udało im się, ale kosztem wolności w naszej części Europy. Nie jest więc tak, że interes USA jest zawsze tożsamy z interesem Polski.

I znów wydaje się, że to słowa, które mogliśmy usłyszeć tak samo w 2017 roku – za pierwszej kadencji Donalda Trumpa – jak i dziś, niemal dziesięć lat później. Cóż z tego, skoro w Sejmie nie brakuje posłów bezrozumnie oklaskujących amerykańskiego prezydenta i noszących charakterystyczne czerwone czapeczki.

Paralele historyczne to zresztą najmocniejsza część retoryki Sikorskiego. Myślę, że wybrzmiewają szczególnie mocno wobec tych, którzy mienią się wybitnymi znawcami historii, czyli wobec dużej części prawej strony sceny politycznej. W ten sposób szef MSZ argumentuje, dlaczego powinniśmy trwać przy Unii Europejskiej. Ostatecznie to właśnie dzięki tej organizacji na ponad pół wieku udało się w Europie zatrzymać partykularyzmy i nacjonalizmy, co samo w sobie jest fenomenem, o którym zapewne będzie się mówić nawet za tysiąc lat.

Czy widzę więc jakiś słaby punkt w wystąpieniu Sikorskiego? Mógłbym czepiać się tego, jak mocno wychwalał rząd, trudno wymagać, by minister spraw zagranicznych w takim momencie dystansował się od własnego zaplecza politycznego.

Radosław Sikorski jest, jaki jest. Po tylu latach w polityce znamy go na wylot. Bywa grubiański, wyniosły, czasem arogancki. Przechadza się po sejmowych korytarzach jak bohater piosenki Stinga „Englishman in New York” – trochę niepasujący do obrazka, jakby z innego świata i innej epoki. Z dystansem, pewną ostentacyjną odrębnością.

Tyle że to właśnie trzeźwość myślenia, osądu i stabilność czynią z niego polityka dużego formatu. Takiego, który w momentach napięcia potrafi mówić językiem państwowym, a nie partyjnym. Polityka, który choć formalnie zbliża się do emerytury, najpewniej nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. 

2026-03-05

Jan Rojewski