Tak to jeden wielki symbol liberalnej i progresywnej Europy – swoboda obyczajowa i jej manifestowanie – roztrzaskał się tu o drugi wielki jej fetysz: bezwzględne przygarnianie do siebie i akceptowanie u siebie wszystkich, skąd i kimkolwiek by byli. Po raz pierwszy tak dobitnie okazało się to nie do pogodzenia.
Wszystkie znaki na ziemi i niebie (raczej jednak ziemi) od dawna wskazywały, że nie da się tego uniknąć. Pamiętam wyczytane gdzieś obawy pary berlińskich gejów, którzy podczas wmaszerowywania do Niemiec oddziałów imigrantów czym się martwili? Otóż tym, że przyjęci pod ich dach niespodziewani goście, jak się wprowadzą, źle na swoich gospodarzy zareagują i mogą ich nie zaakceptować (lokatorzy gospodarzy). Dla ich dobra więc i aby nie robić im przykrości, postanowili ukrywać przed nimi łączącą ich więź i to, po co mieszkają razem. Zgodnie ze stosowaną zwykle w tym kontekście metaforą siedzenia i wychodzenia z szafy, postanowili ze względu na przybyłych imigrantów wleźć w swoim domu do szafy z powrotem, zamykając się w niej razem z swoimi wieloletnimi zmaganiami o możliwość otwartego funkcjonowania w społeczeństwie.
Subskrybuj