Pierwsza taka pokusa pojawiła się, kiedy stanęła kwestia obrony Grenlandii przed Stanami Zjednoczonymi. Przewagę zaczęły zdobywać opinie, że powinniśmy się jakoś za wyspą walecznie ująć i obstawać przy tym, aby pozostała duńska, nawet nie licząc się z tym, że samym Grenlandczykom to nie odpowiada. Nie byłaby to walka narodowowyzwoleńcza, którą tak lubimy, ale raczej kolonialna, ale i tak według Onetu rząd polski chciał na wyspę kilkunastu naszych żołnierzy wysłać i z najwyższym trudem powstrzymał się od tego w ostatniej chwili. Ciągle w kwestii żołnierzy prześladuje nas ta nieprzesadna ich liczba, zarówno przy sprowadzaniu amerykańskich do nas, jak i wystawianiu naszych do obrony świata przed Ameryką.
Przegląd zamieszcza fragment książki Pauliny Tondos o Grenlandii, w tytule wybijając jej dylemat Być albo nie być 51. stanem USA, co ma i polskie odniesienia. Gdyby w latach 80. Ronald Reagan zaproponował Polsce status amerykańskiego stanu, nikt z Polaków pewnie by się nie wahał. Powszechne były wówczas dowcipy, jaka jest najlepsza przyszłość dla Polski: wypowiedzieć wojnę USA i zaraz się poddać. W związku z wojną ukraińską wyzbyliśmy się suwerenności fragmentów Podkarpacia, oddając je na potrzeby natowskiego hubu przeładunkowego, jednak nie słychać, aby mieszkańcy coś na tym skorzystali ani nawet, aby ktoś ich pytał, czy chcą. Były prezydent Duda dopiero jak odszedł, ośmielił się przyznać, że i jego nikt o to nie pytał ani nawet nie zawiadamiał.
Subskrybuj