Krótka rozprawa Pana Tomasza
W nawiązaniu do felietonu Pana Tomasza Lisa z numeru 23. ANGORY chciałbym bardzo krótko odnieść się do zawartych w nim treści. Najkrócej byłoby to tak: „Nic dodać, nic ująć, a wszyscy, którzy uważają inaczej, to niedouczeni idioci”. Uważam, że mam prawo do takiej oceny, bo mam 75 lat, wyższe wykształcenie ekonomiczne (co akurat tu ma pewne znaczenie), 46 lat pracy za sobą, z tego mniej więcej po połowie w PRL i w III Rzeczypospolitej, bez przynależności do dawniejszych i obecnych partii, podporucznik rezerwy.
Ponieważ angorowy felieton w pigułce zawiera wszystkie najważniejsze argumenty dotyczące naszej najnowszej historii, wypada mi tylko wyrazić żal, że jest tak mało mądrych i odważnych ludzi (bo pewnie widzi to jeszcze wielu), którzy mogliby to zapisać dla dobra historii. Bo IPN zapewne tego nie zrobi.
Ale skoro jest okazja, to mam jeszcze dwa tematy bieżące, które spędzają sen z powiek tym, którzy już trochę przeżyli:
1. Ponieważ o sobie pewnie mogę jeszcze powiedzieć „patriota gospodarczy”, czyli człowiek, który całe swoje dorosłe życie pasjonował się nie polityką, lecz rozwojem gospodarczym swojego kraju, widzę olbrzymi postęp na tym polu, ale jako wieloletni księgowy ubolewam nad sprawą stale rosnącego zadłużenia budżetowego i przesuwania wynikających z tego skutków na następne pokolenia.
2. Kwestie obronności zawsze stawiałem też wysoko, w tym zakresie sprawy poszły niewątpliwie za daleko i jest to największe rozczarowanie naszego pokolenia. Wydaje się, że świat i my także nie skorzystaliśmy z możliwości, by – na etapie, kiedy to jeszcze było możliwe – podjąć dialog z przyszłym agresorem (bo przecież współpraca gospodarcza Europy z Rosją układała się całkiem obiecująco), zanim ten wykona kroki, od których już nie będzie odwrotu. Uczono mnie bowiem, że głupiemu lepiej ustąpić, może nawet go pogłaskać (przynajmniej w jakichś rozsądnych granicach – a takie, zdaje się, jeszcze były), zaś do niedźwiedzia też lepiej nie podskakiwać, jak się jest tylko ratlerkiem.
Na tym tle przeraża mnie ponowny wyścig zbrojeń, do którego zostajemy wciągnięci i wcale mnie nie cieszą miliardy euro, które z tego powodu mamy do przerobienia… oby na przyszły złom. GRZEGORZ MŁYNARCZYK
Niewyklęci wyklęci
Bycie sędzią wymaga etycznej i możliwie bezstronnej oceny wszystkich stron. Czy wiarygodnie można potępiać odwoływanie się do UPA, jeśli jednocześnie bezkrytycznie usprawiedliwia się lub gloryfikuje tych żołnierzy wyklętych, których działania nierzadko prowadziły do śmierci ludności cywilnej? Czy o ocenach moralnych ma decydować wyłącznie liczebność ofiar?
W polskiej debacie często zapominamy, że relacje polsko-ukraińskie bywały bliskie relacjom kolonialnym. To wielowiekowa historia dominacji, konfliktów i dążeń niepodległościowych. Dla Ukraińców walka o własne państwo była i pozostaje jednym z najważniejszych celów politycznych. Historia pokazuje, że narody najpierw walczą o samostanowienie, a dopiero później mogą budować szersze wspólnoty i unie. Jeśli chcemy moralności od innych, najpierw bądźmy sami moralni. RYSZARD P.
UPA
Nasi prezydenci słusznie obrazili się na inicjatywę prezydenta Zełenskiego za nadanie specjalnej jednostce ukraińskiego wojska imienia Bohaterów UPA.
Po pierwszej wojnie światowej alianci zachodni, aby w trwały sposób osłabić państwa centralne, postanowili odtworzyć Polskę i Czechosłowację. Ukraina, jako część sprzymierzeńca – Rosji, o swoją wolność musiała walczyć sama. W obliczu spodziewanej ofensywy bolszewickiej na zachód Europy Piłsudski z Petlurą zawiązali w kwietniu 1920 r. pakt warszawski dotyczący wspólnej obrony Białorusi, Ukrainy i Polski do czasu całkowitego ich wyzwolenia.
W trakcie oblężenia Tuchaczewskiego Piłsudski był zmuszony zabrać z linii frontu warszawskiego najlepsze jednostki zdolne dokonać takiego okrążenia. Ukraińcy zgodnie z paktem zablokowali Budionnego na linii Zamościa, nie dopuszczając do wspomożenia odciętych wojsk Tuchaczewskiego. Narodowcy, nie znając tajnych planów, oskarżyli Piłsudskiego o zdradę i na dowód tego podawali nazwy przemieszczanych jednostek. Aby nie ujawnić planów i uciszyć wrzaskliwych narodowców oraz zamaskować manewr, Piłsudski dał możliwość rozmów pokojowych z Rosją, aby sami się przekonali o braku zdrady. Narodowcy niezgodnie z intencją Piłsudskiego i treścią paktu przystali na proponowany przez Rosjan rozejm i dokonali faktycznego rozbioru Ukrainy, zabierając m.in. Wołyń. Dodatkowo internowano wojska ukraińskie znajdujące się na terenie „Polski”. Osłabieni i osamotnieni Ukraińcy oczywiście przegrali z Rosją, zaś Rosja w ramach działań rusyfikacyjnych zagłodziła 5 – 8 mln ludności ukraińskiej, osiedlając w to miejsce 1 – 2 mln Rosjan, o co Ukraińcy mają do nas pretensje.
Polacy na zajętych terenach, gdzie Ukraińcy stanowili 70 proc. ludności, zastosowali dyskryminację „mniejszości narodowych”, wprowadzając gorsze ograniczenia niż w czasie zaboru austriackiego, zburzyli przy tym setki cerkwi, co spowodowało wrogość do zdrajców, za których uważano Polaków. W takiej sytuacji Ukraińcy, w tym UPA, zaczęli szukać pomocy u Niemców, którzy już w 1915 r. pomogli im utworzyć wolną Ukrainę. Ukraińcy mieli nadzieję, że w 1941 r. Niemcy również im pomogą, stąd – tak jak na Łotwie i w Estonii – masowe poparcie dla Niemiec. Oczywiście zostali oszukani. W dniu zajęcia przez Niemców Kijowa Stepan Bandera ogłosił powstanie państwa ukraińskiego i następnego dnia został przez Niemców aresztowany i osadzony do końca wojny w obozie koncentracyjnym.
Tak jak Rosjanie zachęcali Polaków do udziału w Powstaniu Warszawskim, wiedząc, że musi to się źle dla nas skończyć, tak samo Niemcy, dając broń Ukraińcom, wiedzieli, że będzie ona użyta do czystek ludności polskiej i żydowskiej, co dodatkowo prowokowali swoją biernością.
W wyniku drugiej wojny światowej Polska straciła 6 mln ludności, w tym 3 mln ludności żydowskiej, 200 tys. w Powstaniu Warszawskim i 100 tys. na Wołyniu. Ukraina zaś w walce o niepodległość straciła 8 mln w wyniku Wielkiego Głodu i 8 mln w wyniku działań wojennych, co spowodowało, że na Ukrainie wartość życia ludzkiego znacznie potaniała i wypaczyło się rozumienie rozwiązywania problemów międzyludzkich.
Biorąc pod uwagę historię naszych stosunków i tego, że Ukraina jest jedynym potencjalnym sojusznikiem, jak i to, że w okresie drugiej wojny światowej życie ludzkie w naszej części Europy było bardzo tanie, należy budować ścisłą współpracę 80 mln ludności ukraińskiej i polskiej, tak aby ani Wschód, ani Zachód nam nie groził. Jednocześnie wiedząc, że Ukraińcy nie mają innych bohaterów niż tych związanych z UPA, i w aktualnej sytuacji wojennej oraz konieczności mobilizowania do bieżącej walki z Rosją wszystkich możliwych grup społeczeństwa, po określeniu naszych zastrzeżeń i wielokrotnym otrzymaniu przeprosin, co miało miejsce, nie robiłbym zasadniczego problemu państwowego z tego nazwania jednostki ulokowanej we wschodniej części kraju. JERZY SADURSKI
A co z Białorusią?
Pytanie jest dziś, moim zdaniem, jak najbardziej zasadne w kontekście wojny za wschodnią granicą z dwóch powodów. Pierwszy – to jak Rosja wykorzystywała Białoruś i nadal może to robić, gdyby pokusiła się o poważniejszą prowokację wobec Litwy lub, częściowo, Łotwy i Estonii, ponieważ z nimi graniczy. Drugi – to news z końca maja o tym, że prezydent Ukrainy nadał Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych Północ imię „Bohaterów UPA”. To utajniona i elitarna w strukturach ukraińskiej armii jednostka (choć jednostką wojskową w naszym rozumieniu, np. pułk czy brygada, nie jest), wykonująca zadania rozpoznawcze i sabotażowe nawet za linią frontu. Ten drugi powód wywołał u nas burzę – co zrozumiałe – ale zostawiam to do oceny czytającemu. Ale zanim (p)rezydent zwoła kolegium do odebrania Orła Białego Zełenskiemu, to niech najpierw pośmiertnie odbierze je Mussoliniemu i pomyśli (jeśli potrafi), czy dobrze zrobił, zabierając wielu uchodźcom z Ukrainy niektóre przywileje socjalne, na które już zapracowali u nas.
Teraz lepiej jest mieć Ukraińców po naszej stronie, niż mieć ich z Rosjanami przeciwko nam, gdyby Ukraina padła. Zełenski już podpisał umowę ze Szwecją na dostawę myśliwców JAS 39C i JAS 39D Gripen z własnej kasy, a nowszą wersję E/F zamierza zakupić z unijnej pożyczki. Czy służący w tym Centrum wojacy to potomkowie formacji OUN/UPA? Nie wiem, ale i tego bym całkowicie nie wykluczał, że tacy tam są.
A co ma do tego Białoruś? Z jej terytorium w 2022 r. poszła ofensywa Rosji na Kijów, a dzisiaj Łukaszenko „targuje” więźniami politycznymi w celu zniesienia sankcji dla siebie i pomaga Putinowi. I będzie to robił nadal. A jak będzie się opierał, to Putin i tak to na nim wymusi, jak będzie chciał przestrzeni powietrznej do ataków na Litwę czy Łotwę – to po pierwsze. A po drugie – na jej terytorium stacjonuje wielu ludzi z dawnej Grupy Wagnera. Do Rosji nie wrócą, więc aktualnie na Białorusi szkolą dywersantów z różnych krajów, aby w przyszłości zalać Zachód ludźmi przygotowanymi do siania chaosu, paniki, aktów samobójczych, dywersji, bo sporo z nich pochodzi z Bliskiego Wschodu.
To dlatego na Białorusi musi być skoncentrowana uwaga naszych służb specjalnych, a pilnowanie granicy nie może osłabnąć. Tu już nie chodzi o zwykły napływ emigrantów, ale o chodzące bomby zegarowe, śmiertelnie groźnych ludzi, jeśli – nie daj Boże – Ukraina padnie. A wtedy w tym Samodzielnym Centrum Operacji Specjalnych mogą się znaleźć „polscy” specjaliści, przypominając nam najmroczniejsze czasy z Wołynia. Czy dołączą do nich wyszkoleni przez wagnerowców samobójcy z Bliskiego Wschodu? Oby nigdy. K.J.
Kosiniak-Kamysz pokazał… pazur
Trudno nie przyznać racji ministrowi obrony narodowej Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi, gdy z coraz większym zniecierpliwieniem odpowiada na kolejne uwagi płynące z otoczenia Karola Nawrockiego.
Od wielu miesięcy szef MON prowadzi konsekwentną politykę wzmacniania polskiej armii. Niezależnie od politycznych ocen rządu trudno zaprzeczyć, że Polska znajduje się dziś w okresie największych inwestycji obronnych w swojej historii. Trwają zakupy nowoczesnego sprzętu, rozwijane są zdolności odstraszania i – co chyba najważniejsze – zacieśniana jest współpraca z sojusznikami. W sytuacji, gdy za naszą wschodnią granicą od ponad czterech lat trwa wojna, trudno wyobrazić sobie ważniejsze zadania dla ministra obrony.
Na tym tle zupełnie niezrozumiałe wydają się ostatnie pretensje Kancelarii Prezydenta dotyczące polsko-brytyjskiego traktatu o bezpieczeństwie i obronności. Zamiast cieszyć się, że Polska wzmacnia strategiczne więzi z jednym z najpotężniejszych państw Europy, współpracownicy prezydenta skupili się na proceduralnych uwagach dotyczących konsultacji dokumentu. Kosiniak-Kamysz odpowiedział wtedy, że chciałby, aby „choć raz kancelaria pana prezydenta ucieszyła się z tego, że Polska jest bezpieczniejsza”. Dodał również, że „najważniejsze dla nas jest bezpieczeństwo”.
Trudno nie dostrzec trafności tej uwagi. Obywatela interesuje przede wszystkim to, czy państwo jest skutecznie chronione. Jeśli Polska zawiera kolejne porozumienie wzmacniające współpracę wojskową z ważnym sojusznikiem, naturalną reakcją powinno być zadowolenie. Dyskusje proceduralne nie powinny przesłaniać istoty sprawy.
Kosiniak-Kamysz zwrócił uwagę na jeszcze jeden problem. Jego zdaniem część krytyki płynącej z Pałacu Prezydenckiego ma związek z wcześniejszą decyzją dotyczącą programu SAFE, którego prezydent nie poparł. Minister stwierdził, że głowa państwa „nie stanęła w jednym szeregu z wojskowymi, ekspertami i chęcią budowy bezpiecznej i silnej Polski”. Dodał, że kierowane pod jego adresem groźby, iż będzie siedział, nie robią na nim wrażenia. Niejako w rewanżu usadził Nawrockiego i jego Kancelarię w oślej ławce. Trudno tym słowom odmówić logiki. Polska znajduje się dziś w szczególnym momencie historii. Rosja pozostaje zagrożeniem dla całego regionu, a Europa intensywnie zwiększa wydatki na obronność. W takich warunkach politycy powinni przede wszystkim szukać sposobów wzmacniania potencjału państwa, a nie okazji do wzajemnych uszczypliwości.
Paradoks polega na tym, że sam Karol Nawrocki jako zwierzchnik Sił Zbrojnych również powinien być zainteresowany sukcesem takich inicjatyw. Silniejsza armia, nowe sojusze i większe zdolności obronne służą przecież całemu państwu, niezależnie od tego, kto aktualnie zajmuje stanowiska w rządzie czy w Pałacu Prezydenckim. Historia zapamięta, kto skutecznie wzmacniał bezpieczeństwo Polski w czasach zagrożeń największych od zakończenia zimnej wojny, a kto był w tej sprawie przeciw. Bezpieczeństwo Polski jest ważniejsze niż polityczne ambicje kogokolwiek. Aż szkoda, że w innych sprawach K.K. nie jest tak stanowczy. Mam na myśli chociażby legalizację związków partnerskich, ale przede wszystkim Fundusz Kościelny, który jest pod jego specyficznym parasolem. Tu też należałoby pokazać… pazury, Panie Wicepremierze. Pan wie, komu. NARCYZ WASZKIEWICZ
Kobiety, którym odebrano całe wieki
„Bo męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać” – śpiewała Alicja Majewska w 1980 roku na festiwalu w Opolu. W tej jednej linijce mieścił się cały porządek świata: mężczyzna miał ruszać przed siebie, zdobywać i decydować, kobieta – wiernie czekać, wspierać i nie zadawać zbyt wielu pytań.
Jeszcze kilka dekad temu za oczywiste uznawano, że najwłaściwszym miejscem kobiety jest mężowski cień, dziecięcy pokoik i kuchenny świat. Kariera, nauka, pasja? To były luksusy nie dla nich. Kobietom odmawiano prawa do nauki, uznając, że do cerowania dziur w skarpetach czy zbierania ziemniaków z pola wykształcenie nie jest potrzebne. Ich przyszłość miała być przewidywalna, podporządkowana rodzinie i konwenansom. Gdy któraś odważyła się żyć inaczej, płaciła za to wysoką cenę. Symbolicznym przykładem pozostaje Hypatia ze starożytnej Aleksandrii, wybitna filozofka i matematyczka, brutalnie zamordowana przez fanatyczny tłum. Jej „winą” było to, że ośmieliła się być uczona i niezależna.
Kobietom nie wolno było podpisywać dzieł własnym imieniem, ich wkład w rozwój nauki pomijano, a odkrycia przypisywali sobie mężczyźni. Fanny Mendelssohn komponowała wybitne utwory, lecz część z nich wydawano pod nazwiskiem jej sławnego brata Felixa. Ada Lovelace, dziś nazywana pierwszą programistką świata, przez długi czas pozostawała w cieniu Charlesa Babbage’a, choć jej wizjonerskie notatki o maszynie analitycznej wyprzedzały epokę o całe stulecie.
Ten schemat nie zniknął wraz z upływem czasu. Lise Meitner, współodkrywczyni rozszczepienia jądra atomowego, patrzyła, jak Nagroda Nobla wędruje do jej kolegi Ottona Hahna. Rosalind Franklin, której zdjęcia DNA były kluczem do odkrycia podwójnej helisy, została zepchnięta na margines przez Watsona i Cricka. Jocelyn Bell Burnell odkryła pulsary, ale laury przypadły jej promotorowi. To tylko kilka nazwisk z długiej listy kobiet, których dorobek doceniono zbyt późno albo nie doceniono wcale.
Kobietom najpierw odbierano możliwość rozwoju, a później szydzono, że „niczego nie osiągnęły”. Ta hipokryzja wciąż ma swoich wiernych wyznawców. Dziś nie brakuje panów, którzy z dumą ogłaszają, że kobiety są gorsze, bo przecież „prawdziwymi” kompozytorami, inżynierami czy filozofami byli niemal wyłącznie mężczyźni. Fakt, w historii dominują mężczyźni, ale głównie dlatego, że to oni przez stulecia mieli dostęp do edukacji, majątku, instytucji, wolnego czasu i prawa do własnego nazwiska. Chopin od dziecka mógł rozwijać swój talent, by zyskać nieśmiertelną sławę, ale jego utalentowana siostra Ludwika musiała zmieścić swoje ambicje w świecie, który kobietom wyznaczał przede wszystkim rolę żony i matki. Kto wie, jakie dzieła mogłyby powstać, gdyby, jak brat, mogła całkowicie poświęcić się muzyce? Kto wie też, ile dokonań zostało przejętych przez mężów, ojców i braci, a ile talentów zmarnowano w domowych pieleszach? Potrzeba było trzech pokoleń, by naprawdę przesunąć bieg historii. Kobiety lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych zaczęły wyrywać się ze schematu dom – dzieci – posłuszeństwo i mówić głośno: chcemy czegoś więcej. Ich córki dorastały z przekonaniem, że można, a nawet trzeba sięgać wyżej. Coraz częściej kończyły studia, wchodziły do zawodów dotąd zarezerwowanych dla mężczyzn i przestawały przepraszać za własne ambicje. Trzecie pokolenie żyje w świecie, w którym edukacja i kariera kobiet stały się czymś oczywistym.
Nic dziwnego, że ta zmiana budzi opór. Syndrom męskiej frustracji powtarza się od lat, inne są tylko nazwiska. Lansowane dziś z premedytacją przekonanie o wyższości mężczyzn nad kobietami ma zapewniać lajki i głosy wyborców. Robi jednak coś znacznie groźniejszego: utrwala w młodych, wciąż niedojrzałych umysłach chłopców przekonanie, że z jakiegoś niepojętego powodu są lepsi od studiujących koleżanek, podczas gdy oni sami nie mają często żadnych osiągnięć, które uzasadniałyby tę samozwańczą wyższość.
Na szczęście w cywilizowanych krajach kobiety sięgają po najwyższe cele, pokazując, że nie są dodatkiem do męskiej opowieści, lecz jej równorzędnymi autorkami. Zbyt długo historię ludzkości pisała męska ręka, dlatego zabrakło w niej wielu kobiecych rozdziałów. Teraz kobiety dopisują je same, a mężczyznom pozostaje tylko nadążać za treścią. ELFRYDA TYTUS
Pasy dla pieszych
Od lat na wiosnę przez Polskę przetacza się dyskusja na temat wypadków na przejściach dla pieszych. Już sama potoczna nazwa – przejście dla pieszych – oznacza, że to piesi mają się po nich przemieszczać, a nie rowerzyści czy osoby na hulajnogach. Kierowcy samochodów na ogół są w stanie zauważyć pieszych zbliżających się do przejścia i zatrzymują się, aby ich przepuścić. Natomiast pędzący z prędkością 20 km/godz. rowerzysta pojawia się nagle i, niestety, nie zawsze zdąży zareagować. Od 3 czerwca wszedł przepis nakazujący używanie kasków przez dzieci i młodzież jeżdżących na rowerach bądź hulajnogach. Ten przepis ma między innymi poprawić bezpieczeństwo na pasach. Swego czasu prezydent Wałęsa rzekł do redaktora Turowicza: „Zbij pan termometr, nie będziesz mieć temperatury”. Obecnie można powiedzieć: „Załóż kask, a będziesz bezpieczny na przejściach”. Niestety, nie. Kask może ochronić głowę, ale przy kolizji. Nie jest czymś, co jak anioł uchroni nas przed wypadkiem. Na stokach narciarskich mogą poruszać się tylko narciarze, a nie saneczkarze czy piesi. I co? Nikt nie robi z tego powodu rabanu! Należy wprowadzić przepis: przed wejściem na pasy należy zejść z roweru/hulajnogi i dopiero przechodzić na drugą stronę ulicy. Koniec, kropka.
Jeszcze dwa słowa na temat ostatniej informacji, że Sejm wypłacił Panu Ziobrze 375 000 zł z tytułu prowadzenia biura poselskiego, w tym 186 000 za podróże samochodem. Co ciekawe, ten pan nie tylko od miesięcy nie uczestniczy w pracach Sejmu, o czym wie cała Polska, ale nie ma zatrudnionego żadnego asystenta, zaś biuro w Rzeszowie jest zamknięte.
Panie Marszałku Czarzasty, wie Pan doskonale, że nie odbierzecie tych pieniędzy, ale niech Pan osobę, która podpisywała takie przelewy, ukarze (czytaj: zwolni). Tak nie powinno być! ANDRZEJ JANIEC