R E K L A M A
R E K L A M A

Listy do redakcji Angory (25.10.2026)

Listy nadesłane przez czytelników tygodnika Angora. Za wszystkie wiadomości dziękujemy i zachęcamy do dalszego kontaktu.

Fot. Domena publiczna

System nie zadziałał, ale… 

…procedury zostały zachowane! 

Minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz wielokrotnie zapewniał o przygotowaniu Polski do obrony przed potencjalnym agresorem. Rzeczywiście można odnieść wrażenie, że jesteśmy przygotowani. Mamy przecież procedury! Mamy też własną linię obrony. Historia zna Wał Atlantycki, Linię Maginota, Linię Zygfryda, a nawet Linię Mołotowa. My również doczekaliśmy się więc Linii Kosiniaka- -Kamysza. 

Około 200 kilometrów nowoczesnej myśli wojskowej, najeżonej tak zwanymi zębami smoka, czyli betonowymi zaporami przeciwpancernymi. Widok robi wrażenie (…). 

Tyle że współczesne zagrożenia nie zawsze mają postać czołgu jadącego przez pole. Dron może przelecieć nad „zębami smoka”, a pocisk rakietowy nawet nie zauważy, że jakaś linia obrony istnieje. Ale nie bądźmy małostkowi. Procedura produkcji zębów przecież działa. Ktoś je wyprodukował, załadował na ciężarówkę i przewiózł na składowisko. Ktoś rozładował żurawiem. Ktoś później załaduje i zawiezie w rejon granicy. Tam ktoś ponownie rozładuje, a wojskowy żuraw ustawi wszystko zgodnie z planem. Żuraw – ciężarówka – żuraw. I tak powstaje nowoczesna architektura bezpieczeństwa (…). 

Ale przejdźmy do realnych zdarzeń. Gdy nad Polską pojawiają się niezidentyfikowane obiekty, podrywane są samoloty, uruchamiane są systemy obrony powietrznej, a decyzje podejmują osoby wskazane w procedurach. I właśnie wtedy pojawia się fundamentalne pytanie: Czy samo wykonanie procedury oznacza, że system zadziałał prawidłowo? Bo można przecież przeprowadzić wszystkie czynności zgodnie z instrukcją, a mimo to osiągnąć rezultat, którego nikt nie planował. Jeżeli w wyniku działania systemu obronnego dochodzi do zniszczenia budynku mieszkalnego, uszkodzeń innych obiektów i samochodów, mieszkańcy mają prawo oczekiwać nie tylko informacji, że „procedury zostały zachowane”. Mają prawo wiedzieć, co dokładnie się wydarzyło, jaka była sekwencja decyzji, co zawiodło i jakie wnioski wyciągnięto. 

Bo procedura nie jest celem. Procedura jest narzędziem. Jeżeli człowiek wsiada do samochodu, zapina pas, uruchamia silnik i zgodnie z instrukcją naciska pedał gazu, ale samochód jedzie w przeciwnym kierunku, trudno uznać, że wszystko jest w porządku tylko dlatego, że kierowca wykonał czynności zgodnie z instrukcją. 

– Alarm dla każdego – procedura dla każdego inna. A co, gdy wielka strategia państwa spotyka się z codziennością? Alarm powietrzny. Jedna szkoła sprowadza dzieci do szatni. Druga wysyła uczniów do domów. Trzecia dzwoni do rodziców, żeby natychmiast odebrali dzieci. A urzędnicy samorządowi wychodzą z budynku i idą do parku. I człowiek zaczyna się zastanawiać: czy wszyscy uczestniczyli w tym samym szkoleniu? Czy istnieje jedna procedura, czy może każda instytucja ma swoją własną, autorską wersję (…)? Może więc najwyższy czas stworzyć procedurę procedur? 

– Minister zapewnia, że polskie niebo jest pod „stałą, szczelną ochroną”. Jednocześnie słyszymy o wzmacnianiu obrony powietrznej, wzmacnianiu systemu obrony powietrznej i szybkiego reagowania. I tu pojawia się pytanie, którego nie da się zagłuszyć wojskowym słownictwem: Jeżeli jest szczelnie, to co dokładnie trzeba uszczelnić? A jeżeli trzeba wzmacniać system, to chyba oznacza, że istnieje jeszcze przestrzeń do jego poprawy. 

Każdy system można poprawiać – to nie wstyd. Wstydem byłoby przekonywanie obywateli, że system jest doskonały, kiedy jednocześnie państwo samo mówi, że trzeba go intensywnie wzmacniać. 

– Za około 70 milionów złotych przygotowano i rozprowadzono poradnik bezpieczeństwa, żeby obywatel wiedział, co zrobić w przypadku zagrożenia. Ale po lekturze można jednak dojść do wniosku, że jeżeli w pobliżu nie ma schronu ani „bezpiecznego miejsca”, pozostaje wykorzystać własną pomysłowość. Można więc zacząć rozglądać się za poradnikiem, z którego dałoby się zbudować… pomieszczenie ochronne nad głową. Oczywiście żartuję. Ale w tym miejscu kończy się propaganda bezpieczeństwa, a zaczyna rzeczywiste bezpieczeństwo obywatela. 

Bo obywatel nie potrzebuje wyłącznie poradnika. Potrzebuje realnego miejsca, do którego może się udać. I tu pojawiają się zapowiadane tabliczki: pomarańczowe z niebieskim trójkątem oraz zielone z napisem: „Punkt schronienia”. Cudownie! 

Najpierw człowiek dostanie poradnik, potem tabliczkę. A jeśli będzie miał szczęście, może nawet znajdzie miejsce, którego ta tabliczka dotyczy. Pozostaje tylko ustalić drobiazg: czy w chwili rzeczywistego zagrożenia będzie tam miejsce dla ludzi? 

– Nie twierdzę, że procedury są niepotrzebne. Wręcz przeciwnie. Państwo bez procedur byłoby jeszcze bardziej niebezpieczne. Problem zaczyna się wtedy, gdy procedura staje się alibi. 

„Postąpiliśmy zgodnie z procedurą”. I… koniec dyskusji. Ale obywatela nie interesuje, czy ktoś odhaczył odpowiednią rubrykę. Interesuje go, czy jego dom będzie stał, a dziecko będzie bezpieczne w szkole. Czy alarm oznacza schronienie, czy chaotyczną ewakuację? Czy system wykryje zagrożenie? Czy decyzja zostanie podjęta na czas, a środek obrony trafi w cel, a nie w przypadkowy budynek. 

Procedura jest dobra wtedy, kiedy prowadzi do dobrego rezultatu. Lecz gdy najważniejszym osiągnięciem państwa jest możliwość powiedzenia po wszystkim: „Procedury zostały zachowane”, to pozostaje zadać jedno, dość niewygodne, pytanie: A bezpieczeństwo obywateli też? Bo betonowe „zęby smoka” mogą stać na łące przez dziesięciolecia. Tabliczki mogą wisieć na budynkach. Poradniki mogą leżeć na półkach. Dokumenty mogą być podpisane, decyzje wydane, rozkazy przekazane. Procedury mogą działać perfekcyjnie. A jednak w chwili próby może się okazać, że działały przede wszystkim procedury – nie system. TADEUSZ BANCAREWICZ

Gdy Unia padnie… 

…nastąpi nowe średniowiecze 

Mieszkam na wsi od wielu lat i wychodząc rankiem nakarmić ulubioną suchą karmą mojego kundla z sierścią podobną do włosów D. Trumpa, zauważyłem, że mojemu sąsiadowi nadal nie chce się naprawić wypadniętych z zawiasów drzwi do stodoły. Mój pies natomiast z niewiadomych powodów zakrztusił się tą suchą karmą, pocharczał trochę, ale jakoś połknął, popijając wodą. A że jako emeryt lubię śledzić wydarzenia w kraju i na świecie, to skojarzyłem zakrztuszenie mojego psa z Trumpem, a wypadnięte drzwi z zawiasów z wrześniowym wystąpieniem szefowej KE p. Ursuli w PE z udziałem premiera Kanady. 

Z Trumpem z tego powodu, że rozpętana przez niego „Bliskowschodnia cholera” (według CNN), czyli atak na Iran, z konsekwencjami dla USA i całego świata, stanął mu już kością w gardle, której nie da się ani wypluć, ani połknąć – choć mój pies karmę połknął, popijając wodą. Czy Putin poda mu szklankę wody? No nie, bo on robi wszystko, aby liberalna demokracja w Europie wyzionęła ducha. 

Wystąpienie Ursuli von der Leyen w PE ku rozczarowaniu nielicznych nie było tłumaczeniem tego, co działa źle i jak to naprawić, ale pójściem do przodu. Pokój w Europie nie przez siłę, ale przez współpracę, nie przez zniszczenie, tylko przez budowanie na tym ogromnym, półmiliardowym ludnoś ciowo potencjale, bo taki ma, a my wraz z nią. Unia, mimo V kolumny wewnątrz, działa, nie rozpada się i nie kapituluje. Zaprasza Kanadę jako „członka stowarzyszonego”, wywołując wściekłość Trumpa, na którym coraz mniej można polegać. Unia snuje plany na przyszłość, reagując na wszystkie wyzwania związane z AI i ochroną dzieci przed komórkozą na czele. Szefowa KE zapowiedziała stworzenie odpowiednika art. 4 traktatu NATO, aby członek UE mógł apelować do innych o pilne konsultacje w razie zagrożenia. Oby się udało. 

Nasza trumpowska skrajna prawica z A. Bielanem na czele zanegowała ten pomysł, bo Trump Unii nie lubi bardziej niż NATO. Jeśli do naszych antyeuropejskich oszołomów dołączą ci z Niemiec, Francji i Włoch i dojdą do władzy, Unia się nie obroni. Najpierw padnie euro, ku uciesze Trumpa i nacjonalistów gospodarczych Europy, potem będą traktaty UE. Upadek UE stanie się (oby nie!) symbolem końca powojennego systemu międzynarodowego. Nowy nie powstanie, nastąpi smuta i nowe średniowiecze. Trzeba tę popsutą tylko trochę bramkę (UE) wstawić z powrotem w zawiasy, aby była otwierana na współpracę wewnątrz UE i zamykana przed naporem złych dżinów. Nadal – jak do tej pory – tylko poprzez wybory. 

Kiedyś była oś Berlin – Rzym – Tokio, a czym się skończyła, wiemy. Teraz jest Moskwa – Pekin – Teheran, która niszczy wpływy USA na świecie. Trumpiści pomagają Teheranowi, myśląc naiwnie, że będą dyktować gospodarcze funkcjonowanie świata. Może będą, ale skorzystają na tym głównie Chiny, do których będzie należał XXI i kolejne wieki – o ile AI nie zniszczy ludzkiej cywilizacji. A kto AI stworzył? Ci, którzy mieli i mają dużo kasy, a teraz – hipokryci – udają, że rozumieją zagrożenie z jej strony, a faktycznie boją się o niebotyczne zyski, które Chiny mogą im zabrać. Szybki postęp wynalazczy końca XIX i początku XX w. doprowadził do wybuchu dwóch wojen światowych. AI może – ale nie musi – być przyczyną trzeciej, ostatniej. No, chyba że nasza planeta tak się na nas w… i pomiesza w klęskach żywiołowych, że już nawet żadna AI nie pomoże. JAN KRÓL

Kogo chroni polityczny parasol 

Łapaj złodzieja! 

Jest w polskiej polityce sprawdzony sposób obrony. Kiedy wokół ciebie zaczyna pachnieć nieskorumpowanym prokuratorem, aktem oskarżenia, zabezpieczeniem majątku i listem gończym, należy wyjść przed kamery, podnieść głos i krzyknąć: „Łapaj złodzieja!”. Można jeszcze dorzucić coś o winie Tuska. I dokładnie taki spektakl oglądamy od kilku już lat w wykonaniu polityków PiS. 

Po ośmiu latach rządów coraz wyraźniej widać system, w którym stanowiska dawały dostęp do ogromnych pieniędzy, publiczne instytucje stawały się łupem partyjnym, a prokuratura podległa Zbigniewowi Ziobrze przez lata skutecznie nie dostrzegała tego, czego dostrzec nie chciała. Fakt, zajęta była szukaniem haków na ludzi Tuska i wygodnych posad dla siebie i pociotków. 

Daniel Obajtek, były prezes Orlenu, usłyszał zarzut dotyczący wyrządzenia spółce szkody majątkowej przez nadużycie uprawnień. To nie jest jeszcze wyrok, lecz konkretna decyzja prokuratury, a nie „polityczna zemsta”, jak próbuje wmówić opinii publicznej on sam, pokazując w uśmiechu przecudnej urody zęby, które mu zafundowaliśmy. 

Są i tacy, którzy – według obecnej prokuratury – mieli traktować publiczne fundusze jak bankomat, do którego PIN znali wybrańcy. Fundusz Sprawiedliwości, który miał pomagać ofiarom przestępstw, stał się symbolem systemu, w którym pieniądze trafiały tam, gdzie z pewnością trafiać nie powinny.

Zbigniew Ziobro i Marcin Romanowski są podejrzanymi w śledztwie dotyczącym Funduszu Sprawiedliwości; wobec obu podejmowano działania zmierzające do ich zatrzymania i zastosowania aresztu. Michał Woś został natomiast oskarżony w sprawie przekazania 25 mln złotych z Funduszu Sprawiedliwości na zakup systemu Pegasus; akt oskarżenia opisuje zarzut przekroczenia uprawnień i przywłaszczenia powierzonego mienia. Dariusz Matecki również znalazł się w centrum śledztwa dotyczącego Funduszu ze względu na podejrzenia związane z przyznawaniem dotacji podmiotom, których oferty miały być wcześniej konsultowane z urzędnikami ministerstwa, a także na wątki dotyczące fikcyjnego zatrudnienia i lewych przepływów pieniędzy.

W śledztwie dotyczącym Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych zarzuty przedstawiono już wielu osobom, a część spraw zakończyła się skierowaniem aktów oskarżenia. Są tam wątki dotyczące zarówno zakupów maseczek i agregatów, jak i węgla oraz płatnej protekcji. I nad tym wszystkim rozpościerał się przez lata polityczny parasol. Minister sprawiedliwości i prokurator generalny w jednej osobie – Zbigniew Ziobro. To był model idealny: władza nad pieniędzmi, nad nominacjami, nad służbami i, pośrednio, nad prokuraturą. Kiedy państwo jest partyjnym folwarkiem, najważniejsze staje się nie pytanie: „Czy ktoś ukradł?”, lecz: „Czy to nasz człowiek?”.

Afera Zondacrypto jest pod tym względem podręcznikowym streszczeniem całej PiS-owskiej epoki. Jest wielki biznes. Są tysiące poszkodowanych klientów. Jest śledztwo dotyczące podejrzenia oszustwa i prania pieniędzy (prokuratura informowała, że zgłoszone szkody wynosiły co najmniej 350 milionów złotych). Są informacje o przelewach na fundacje związane z politykami prawicy, w tym (według informacji premiera) 450 tys. zł dla fundacji, której prezesem jest Zbigniew Ziobro.

Politycy PiS i Konfederacji wspierali utrzymanie prezydenckiego weta w sprawie regulacji rynku kryptowalut. Dziś udają, że nie wiedzą, że ktoś kradł, że nie znają złodziei, nic nie widzieli i nie słyszeli. Kiedy ktoś pyta o odpowiedzialność – odpowiadają: Tusk. A kiedy mają odpowiedzieć na pytanie, gdzie są publiczne pieniądze, zaczynają krzyczeć: „Łapaj złodzieja!”. Mam nadzieję, że coraz więcej osób nie daje się na to nabrać. Już się odwracają i patrzą, kto krzyczy – czy to aby nie uciekający złodzieje. Może więc ich wyłapmy. A.Z. z pow. pułtuskiego

Rządzą nami prostaki 

Polacy, nie dajmy się zwariować! 

Stosunki społeczne i polityczne w naszym kraju są coraz bardziej prymitywne. Ulica chamieje, partie polityczne się kłócą. Ludzie mają kilka tysięcy emerytury, a przedstawiciele władzy – kilkadziesiąt tysięcy. Po obaleniu PRL-u nowa władza rozdała ludziom wędki, a sobie zostawiła grabie, by łatwiej zgarniać szmal. A budowali kapitalizm, krytykując kominy płacowe w PRL-u. To hipokryzja! Na niej właśnie oparte są stosunki polityczne w kraju nad Wisłą. 

Wszędzie widać i słychać etykę opartą na religii katolickiej, którą popularyzuje zdemoralizowany kler. Wystarczy czytać profesorów Stanisława Obirka czy Tadeusza Bartosia, którzy wiele lat byli zakonnikami i dobrze wiedzą, co to jest KK. Mało kto słucha medialnych zabiegów kardynała Rysia. Ksiądz Józef Tischner w grobie się przewraca… 

Trzecia władza toleruje przestępców. Braun i jego partia realizują antypaństwową i antyunijną politykę, a prokuratura milczy. Macierewicz siedzi… ale w Sejmie. Politycy założyli nowy klub parlamentarny, a przecież zdobyli mandaty w drużynie PiS-u w wyborach proporcjonalnych! Nie ma takiego wymogu prawnego, więc nie oddają mandatu, bo kasa się liczy. A może te fikołki to ściema przedwyborcza? 

To nie są ludzie dużego formatu. Współpracują z prezydentem, który nie wie, na czym polega kohabitacja, bo tego nie uczą na treningach bokserskich. Wystarczy prześledzić weta prezydenckie, a każdy głupi zrozumie, kogo nie powinno się na ten urząd wybierać, a jak się przyjrzeć ułaskawionym, to wiadomo, kto pana Tadeusza Batyra wybrał. 

Telewizyjne rozmowy o stosunkach politycznych są na bardzo niskim poziomie. Często zaproszeni specjaliści nie wiedzą, jak odpowiedzieć na durne pytanie kompletnie nieprzygotowanych prowadzących. Prominentna pani redaktor TVN24 twierdziła, że prezydent powinien być apolityczny. To porażający brak wiedzy. Ta pani nie wie, co to jest polityka i nie rozróżnia apolityczności od apartyjności, powinna być odesłana do innej pracy (…). 

Drugim tematem, bardzo modnym, jest obronność. Ekspertów mamy dużo. Zwłaszcza takich, którzy nigdy w wojsku nie służyli. Jeden generał opowiada dyrdymały o testowaniu naszej obrony powietrznej przez Rosjan. Moim zdaniem Rosja o naszym kraju wie o wiele za dużo. Między innymi przez takie „kłapanie generalskie”. Rosyjskich agentów w Polsce jest więcej niż wszystkich naszych generałów, również tych w stanie spoczynku. Wojsko, panowie dyskutanci, ma likwidować zagrożenia, czyli niszczyć obiekty, które naruszają naszą przestrzeń powietrzną, albo będzie mało wiarygodne. Straż Graniczna to rodzaj służby wartowniczej, w której obowiązuje procedura użycia broni. Społeczeństwo tego już nie wie, bo minister psychiatra zlikwidował służbę zasadniczą i aktualnie udaje dyplomatę. Społeczeństwo ma prawo się czuć zagrożone. Wojna w Ukrainie, wojsko niezdecydowane, brak schronów, sygnały alarmowe post factum (…). 

Trzeba natychmiast przywrócić służbę zasadniczą w wojsku, a klasę polityczną objąć podatkiem (np. tysiąc/miesiąc) na budowę schronów. Deweloperzy powinni budować na nowych osiedlach nie tylko parkingi czy place zabaw dla dzieci, ale i schrony. Dyskutujmy o poprawieniu systemu politycznego naszego kraju, bo jest zakłamany, mało wydolny w każdej dziedzinie, nietraktujący poważnie mieszkańców. Dość zabawy w pseudodemokrację. Dziennikarzy telewizyjnych zapraszam do lektury felietonów redaktorów Henryka Martenki, Tomasza Lisa, Antoniego Szpaka czy Michała Ogórka; dla dobra ich widzów. Pouczającej lektury, Panie i Panowie. To od Was w dużej mierze zależy poziom świadomości obywatelskiej naszych rodaków. JERZY KRYGIER, Myślenice, emerytowany oficer WP

Lefebryści od dawna ostrzegali przed kryzysem wiary 

Schizma? 

Żyję dostatecznie długo, by pamiętać tamte czasy. Ba, byłem nawet ministrantem, który teksty liturgiczne po łacinie znał na pamięć. Ale nie klepaliśmy tego bezwiednie. W cienkiej książeczce, z której uczyliśmy się służyć do mszy, było tłumaczenie na język polski. Byliśmy w pełni świadomi tego, co mówi celebrans i jakimi słowami mu odpowiadamy. Nie było więc dla nas specjalnym przeżyciem to, że nagle, z dnia na dzień, ksiądz zaczął odprawiać mszę w języku polskim i że tak też mu odpowiadaliśmy. Co innego zgromadzeni w świątyni wierni. Oni musieli nauczyć się tego, że dotychczasowe Et cum spiritu tuo, które wypowiadali bezwiednie, mieli zastąpić: I z duchem Twoim, które już rozumieli. W świątyni, do której wtedy uczęszczałem, zmiana polegająca na zwróceniu się księdza w kierunku wiernych i zmiana języka liturgii została przyjęta bardzo dobrze. To była parafia składająca się z prostych ludzi, którzy wtedy – tak mi się wydawało i wydaje nadal – zaczęli swoją wiarę bardziej rozumieć, a nie tylko czuć. Być może nie wszystkim katolikom, zwłaszcza tym bardziej zagłębionym w tradycję, te zmiany przypadły do gustu. Nie jestem w stanie się wypowiedzieć, byłem wtedy zbyt młodym człowiekiem. 

Po jakimś czasie usłyszałem słowo „lefebryści”. W 1970 roku francuski arcybiskup Marcel Lefebvre założył Bractwo św. Piusa X jako odpowiedź na zmiany wprowadzone po Soborze Watykańskim II. Dla jednych byli buntownikami, dla innych – ostatnimi obrońcami katolickiej tradycji, którzy odważyli się powiedzieć „nie” radykalnym zmianom. Co jakiś czas dochodziły z Watykanu wieści o tym ruchu i jego relacjach z Kościołem Katolickim. Konflikt z Rzymem narastał przez lata, by osiągnąć punkt kulminacyjny w 1988 roku, kiedy Lefebvre, bez zgody papieża Jana Pawła II, konsekrował czterech biskupów. Nastąpiły ekskomuniki, a Bractwo znalazło się poza normalnymi strukturami Kościoła. Później papież Benedykt XVI zdjął ekskomunikę z biskupów wyświęconych przez Lefebvre’a. O krok dalej poszedł papież Franciszek, przyznając kapłanom Bractwa jakieś możliwości uznanego funkcjonowania w Kościele.

Wydaje się, że lefebryści nic sobie z tych gestów nie robili, za to rośli w siłę. Świadczą o tym ostatnie święcenia biskupie, przed których skutkami ostrzegał papież. Przepraszam za może trywialne porównanie, ale – parafrazując odezwanie znane nam z filmu Barei – powiedzieli Leonowi XIV: „A wyświęcimy sobie nowych biskupów, i co nam zrobicie?”.

W Polsce lefebryści, choć są obecni, pozostają zjawiskiem niszowym. Regularnie uczestniczy w ich liturgii – jak sami twierdzą – najwyżej kilkanaście tysięcy osób. Niewiele wobec milionów praktykujących katolików. Ale ich znaczenie nie wynika z liczebności. Są widoczni i dobrze zorganizowani (…).

Lefebryści przez lata ostrzegali przed kryzysem wiary, spadkiem liczby powołań i pustoszejącymi kościołami. Dziś to już nie diagnozy, ale fakty. Nie oznacza to, że lefebryści mieli rację we wszystkim. Oznacza jedynie, że pytania, które zadawali przed czterdziestu laty, wciąż pozostają bez jedno znacznej odpowiedzi. NARCYZ WASZKIEWICZ 

2026-10-24

Angora