R E K L A M A
R E K L A M A

Listy do redakcji Angory (13.09.2026)

Listy nadesłane przez czytelników tygodnika Angora. Za wszystkie wiadomości dziękujemy i zachęcamy do dalszego kontaktu.

Fot. Domena publiczna

„Gada pan od rzeczy, panie premierze…” 

Co naprawdę szkodzi demokracji 

Chciałbym przekazać kilka uwag na temat listu p. Grzegorza Koniecznego pt. „Gada pan od rzeczy, panie premierze…” (ANGORA nr 34). 

Odpowiedzialność zbiorowa to znana specjalność komunistów, faszystów i wielu innych. Mój do niedawna sąsiad od początku uległ sugestii, że wszyscy sędziowie kradną, i twierdząc, że nienawidzi Tuska, nie był w stanie wytłumaczyć mi dlaczego. 

Politycy są laboratoryjną próbką tkanki społecznej. Hasło „Wybierzmy mądrych polityków” nie różni się od hasła „Wybierzmy mądrych mężów, mądre żony, mądrych teściów, prezesów…” i w takim samym stopniu jest skuteczne. 

Mądrość nie jest tym, co zwiąże wszystkich obecnych decydentów w pęczki i wrzuci do szamba. Jest ona po prostu ostatnim piętrem procesu pozyskiwania i obróbki danych przez ludzki umysł. Przedostatnim jest wiedza i ta, dopiero wzbogacona o doświadczenie, może (ale nie musi) odsłonić nam dystans niezbędny w procesie rozumienia rzeczywistości. Dlatego każda osoba, również ta utytułowana, decydując się wejść do polityki, jest w jej przestrzeni „surowa” jak marchewka świeżo wyrwana z grządki. 

Nadrzędnym problemem demokracji nie są politycy. Dużo bardziej szkodzi jej wiele negatywnych zjawisk, które spotykamy na co dzień, na przykład: 

1. Dane fałszywe lub zafałszowane tworzą w procesie obróbki błędną informację. 

2. Nawet prawdziwa informacja w procesie analizy może wytworzyć w umyśle analizującego fałszywy obraz sytuacji, jeżeli nie zna on podstaw logiki, ekonomii i paru innych dziedzin. 

3. Prawdziwa informacja może zostać wyparta przez wpływ grupy, do której należy jej odbiorca. 

4. Prawdziwa informacja może zostać wyparta przez wewnętrzne uwarunkowania odbiorcy. Itd. 

Egzystujemy wszyscy w epoce, w której zbyt często prawdzie brakuje siły, by się obronić. Wiedza polityczna społeczeństwa, będąca w swej definicji przeanalizowaną informacją, cudów za dużo dziś czynić nie jest w stanie, a odróżnianie ziarna od plew przychodzi wyborcom ostatnio coraz trudniej. Nie ma już wczorajszej normalności (jeżeli kiedykolwiek realnie istniała) i więcej nie będzie. Dziś ogon hejtu kręci psem rzeczywistości, a tzw. mądrość objawia się maksymalizacją liczby doradców, co skłania do pytania o to, jak dużo trzeba nie wiedzieć, aby taką mnogość logicznie uzasadnić. A może zamiast bolszewizacji sceny politycznej Sejmu RP – Rada Społeczna przy Premierze w celu zapobiegania zrzędzeniu i zwalczania narzekania?

Już dużo bardziej realistyczne niż trafna ocena mądrości in spe byłoby zamontowanie w gmachu Sejmu platformy AI do badania zmian zachodzących w głosie osoby kłamiącej mniej lub bardziej bezczelnie. Oczyma duszy widzę nad mównicą sejmową wiadro ocynkowane sprzężone z ww. inteligencją, wypełnione po rant zimną kranówką. Jedynym słabym punktem systemu byłby niski stan Wisły… Pozdrawiam TADEUSZ

„Kto się skrywa za prezydenckimi wetami?” 

Wysoki sądzie 

Zawetowanie 41 ustaw przez Karola Nawrockiego w pierwszym roku jego prezydentury – wynikające najprawdopodobniej z przekonania, że im gorzej dla rządu Donalda Tuska, tym lepiej dla prawicy – w konsekwencji przysporzyło mu słuszny przydomek Wetomat. W uzasadnieniach wet, nadających lekkostrawność dla odbiorców z dłuższym przewodem myślowym, mogliśmy słyszeć obłudne: „…Po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy”. Nie bez powodu wielu ekspertom opadały ręce, a tylko z kulturalnych komentarzy wynikało, że „dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”. O szkodach zamiast pożytku świadczą wyliczenia ekonomistów oparte na Ocenach Skutków Regulacji: prezydenckie NIE, bo NIE kosztowały budżet państwa oraz NFZ ponad 8 mld zł. Uważam, że na chorobliwym negowaniu racji drugiej strony, wynikającym m.in. z toksycznej strategii manipulacji, zależy: niezdrowym na umyśle, wyznawcom zasady im gorzej, tym lepiej, politykom chcącym przejąć władzę po zrobieniu wody z mózgu wyborcom przy urnach. 

Twarzą wet jest oczywiście K. Nawrocki, ale jestem niemal pewien, że wszystkie palce maczał w nich Z. Bogucki, mający wykształcenie wyższe prawnicze, ukończoną aplikację zarówno adwokacką, jak i prokuratorską, a co ważniejsze, pracował w ww. zawodach. Przytaczam powyższe nie bez powodu. Zakładam, że trauma nieudolnego lub nieskutecznego przekonywania sądu, że jego (adwokata) klient jest niewinny ze stu ważnych powodów bądź (z pozycji prokuratora) podsądny jest winien ze stu innych powodów, może prowadzić prawników do… ot chociażby do Kancelarii Prezydenta RP. Pan Z. Bogucki ma aktualnie sędziego W. Żurka na wyciągnięcie ręki do prztyczka w nos i z tego korzysta aż nadto, chyba za wcześniejsze upokorzenia ze strony palestry sędziowskiej. Nie mówię, że prezydenckiemu kanceliście jako prawnikowi nie wyszło, ale widać, że wiele upokorzeń z sal sądowych boli. Credo prawnicze jest jednoznaczne: „Prokurator ma prawo integrować poszlaki i dowody w spójną wersję wydarzeń podczas mowy końcowej, o ile opiera się to na faktach zweryfikowanych w trakcie przewodu sądowego. Adwokat nie może zniekształcać znanych mu faktów”. Z takich uczciwych zachowań (prokuratora i adwokata) zwolniony jest polityk – szef Kancelarii Prezydenta RP – i z tego korzysta. Główny prezydencki podpowiadacz, który m.in. zdobywa specjalność w dziedzinie ukrywania prawicowej chęci niezwrócenia Trybunału Konstytucyjnego społeczeństwu, pokrętnie „uzasadnia” (ściemniając Polakom) nieodbieranie ślubowania „wobec prezydenta” od czworga wybranych do TK sędziów. Śledztwo ws. doradztwa przy wybiórczym zaprzysięganiu sędziów trwa. 

K. Nawrocki i Z. Bogucki wspólnie i w porozumieniu kłamią w uzasadnieniu weta do ustawy ws. SAFE, jakoby miała uderzać w naszą suwerenność, niezależność, bezpieczeństwo ekonomiczne i militarne. Kłamią przy wecie do ustawy wiatrakowej, że ponoć podlega powszechnemu sprzeciwowi społecznemu wobec regulacji. Kłamią ws. ustawy o utworzeniu Parku Narodowego Doliny Dolnej Odry (jakoby miała zablokować żeglugę i rozwój gospodarczy regionu), tworząc fikcję, zmyślając ograniczenia, które nie widniały w tekście projektu. 

Swoistym kuriozum jest walka adwokata i prokuratora w jednym Z. Boguckiego z sędzią W. Żurkiem ustawą o rynku kryptoaktywów. Trzykrotne prztyczki w sędziowski nos w formie wet wymierzane były za „próby wypchnięcia poza Polskę naszych start-upów kryptowalutowych”, do czego zmusiłyby ponoć proponowane w ustawach różnego rodzaju kary oraz zbyt ostry nadzór Komisji Nadzoru Finansowego. Smród wokół branży krypto i szemranych prawicowych grup polityczno- -towarzyskich oraz bez wątpienia wszczęte intensywne śledztwa wywołały bezczelne, bo obraźliwe ataki frustrata Boguckiego na premiera Tuska. Panie sędzio Żurek, czekam na wokandę sądową, tę wyborczą z 2023 r. też. Proszę wstać! Sąd idzie – nie kłamać! JANUSZ

Kosiniak-Kamysz kontra Nawrocki 

O dwóch takich, co przemawiali 

Są takie dni, kiedy politycy powinni na chwilę zapomnieć, że są politykami. 15 sierpnia wydaje się jednym z takich dni. Święto Wojska Polskiego, rocznica Bitwy Warszawskiej, mundury, sztandary, pamięć o tych, którzy ginęli za Polskę – to wszystko powinno do czegoś zobowiązywać. Zwłaszcza najwyższych przedstawicieli państwa. Tymczasem tegoroczne uroczystości w Warszawie pokazały coś zupełnie innego: różnicę między państwowcem a politykiem, który za wszelką cenę chce wygrać kolejną ustawkę. 

Karol Nawrocki przemawiał tak, jakby głośność miała zastąpić argument. „Bóg, Honor, Ojczyzna” – powtarzał wkoło, przeciwstawiając te słowa programowi SAFE. Problem w tym, że historia, którą próbował przywołać jako broń polityczną, nie wytrzymała zderzenia z faktami. Prezydent mówił o „odwiecznej” dewizie na sztandarach Wojska Polskiego, choć w II Rzeczypospolitej oficjalną dewizą było „Honor i Ojczyzna”… 

„Bóg, Honor, Ojczyzna” nie jest nawet przedwojenną dewizą II Rzeczypospolitej. Jest dewizą ustanowioną w 1943 roku przez władze RP na uchodźstwie, a następnie przywróconą w III RP w 1993 roku. I to jest właśnie istotny szczegół, którego w dzisiejszej politycznej awanturze nie powinno się zastępować krzykiem i o którym doktor historii (sic!) powinien wiedzieć. Potem pojawiło się Monte Cassino. Nawrocki mówił o „obrońcach Monte Cassino”. Tyle że Monte Cassino bronili Niemcy. Polacy byli tymi, którzy zdobywali wzgórze i klasztor. Drobiazg? Nie. Zwłaszcza gdy ktoś chwilę wcześniej poucza innych o patriotyzmie, tradycji i historycznej pamięci. 

I właśnie tutaj pojawia się rzecz znacznie ciekawsza od samego błędu. Bo po prezydenckim wystąpieniu przemówił Władysław Kosiniak-Kamysz. I nagle okazało się, że można odpowiedzieć inaczej. Bez krzyku. Bez napinania muskułów. Bez konkursu na najbardziej patriotyczne słowo. 

Minister obrony powiedział, że odpowie po polsku. I wyjaśnił, czym jest SAFE: „S” jak sojusze, „A” jak armie, „F” jak fabryki, „E” jak Europa. To była odpowiedź polityczna, ale przede wszystkim odpowiedź człowieka, który wie, że bezpieczeństwo państwa nie polega na wypowiadaniu (wykrzykiwaniu) zaklęć. Bo przecież można jednocześnie wierzyć w Boga, szanować (nawet mieć) honor, być przywiązanym (po swojemu) do ojczyzny i rozumieć, że współczesna Polska nie będzie bezpieczna samotnie. Można czcić żołnierzy spod Monte Cassino i jednocześnie wiedzieć, kto tam naprawdę walczył i po której stronie. Można być dumnym z polskiej armii i jednocześnie rozumieć, że armia potrzebuje sojuszy, przemysłu, pieniędzy, technologii i europejskiej współpracy.

Taka właśnie jest różnica między patriotyzmem jako wartością a patriotyzmem jako dekoracją. Nawrocki chciał wygrać głośno wypowiedzianymi słowami. Kosiniak-Kamysz wygrał argumentami. Jeden podnosił głos, drugi podniósł poziom rozmowy na pułap być może nieosiągalny dla tego pierwszego. I może właśnie dlatego odpowiedź ministra obrony zabrzmiała mocniej, choć była wypowiedziana spokojniej. Co więcej, Kosiniak powiedział rzecz, która powinna być oczywista dla każdego polityka: Polska nigdy nie przegrywała przez brak odwagi; przegrywała wtedy, kiedy odwaga była wszystkim, co mieliśmy. To zdanie jest warte więcej niż dziesięć patriotycznych okrzyków. Bo mąż stanu nie musi krzyczeć, że jest patriotą. Nie musi co pięć minut przywoływać wielkich słów. Nie mu si udowadniać swojej polskości decybelami.

Mąż stanu powinien wiedzieć, kiedy mówić o historii, a kiedy najpierw tę historię poznać. Powinien wiedzieć, że bezpieczeństwo Polski nie mieści się w jednym haśle. I przede wszystkim powinien rozumieć, że podczas Święta Wojska Polskiego nie przemawia (nie krzyczy) się wyłącznie do własnego elektoratu. Po dzisiejszych wystąpieniach pytanie „kto tu jest mężem stanu?” nasuwa się samo. Odpowiedź też. Nie ten, kto mówi najgłośniej, lecz ten, kto mówi najrozsądniej. Jednym słowem: lekarz zaorał doktora historii na jego podwórku. ALEKSANDER POPOWSKI

Pięć poziomów nienawiści 

Cztery na pięć zaliczone!? 

Wykrzyknik jako znak interpunkcyjny wyrażający emocje (tak modne dzisiaj słowo) nie jest tu przypadkowy jako pierwszy przed znakiem zapytania. Chodzi o pięć poziomów piramidy nienawiści, jakie określił zmarły w 1967 r. profesor z Harvardu Gordon Allport, który prowadził badania z zakresu psychologii społecznej. My, Polacy, mamy już dziś zaliczone cztery z owych poziomów w kontekście naszego stosunku do Ukraińców, podczas gdy wojna za Bugiem wciąż trwa. Ta zbrojna, dynamiczna oraz kognitywna, a między Bugiem a Odrą i dalej w głąb – na razie kognitywna, polegająca na oddziaływaniu propagandy Rosji na psychikę i na nastawianiu ludzi przeciw własnym rządom, a Polaków przeciw Ukraińcom. 

Zatem na czym, w kolejności, polega te pięć poziomów piramidy nienawiści Allporta: 1. Mowa nienawiści. Stereotypy uchodzą za fakty, a cechy pojedynczych osób przypisuje się wszystkim. Ukraińcy mają kojarzyć się z cwaniactwem, nieuczciwością czy wręcz wrogością wobec nas. Trzeba wmówić ludziom, że stanowią zagrożenie, a zbrodnie z historii przypisać całemu narodowi, czyli są obcy i groźni. Ten poziom mamy już za sobą. Brak reakcji (p) rezydenta otworzył drogę do wykluczania i przemocy. 2. Unikanie i izolacja. Ukraińcy są powoli wypychani poza nawias społeczeństwa. Polacy coraz częściej unikają z nimi kontaktu i nie chcą z nimi pracować. Przejawem jest choćby odmowa wynajmu mieszkań. Ten etap też mamy za sobą. 3. Dyskryminacja. Pod pozorem „równego traktowania” wprowadzane są rozwiązania uderzające np. w niższe wynagrodzenia, ograniczony dostęp do świadczeń (np. medycznych) i mieszkań, są nieraz gorzej traktowani w instytucjach państwowych, no bo skoro są „obcy”, to nie należy im się to samo co Polakom, nawet jeśli pracują i płacą podatki. Ten poziom również mamy za sobą. 4. Przemoc fizyczna. Bezpośrednio poprzedzająca piąty poziom, która trwa i nie wiemy, kiedy i czy się zakończy. Uprzedzenia przechodzą w agresję wobec ludzi i ich mienia: niemal codzienne już ataki na ulicach, w tramwajach, autobusach czy nawet w pracy tylko dlatego, że mówią po ukraińsku lub wiedzą, że są Ukraińcami. Dochodzi do dewastacji mieszkań, samochodów, sklepów, a nawet bezczeszczenia miejsc kultu. 5. Eksterminacja, czyli ludobójstwo. 

Marian Turski przestrzegał: Auschwitz nie spadł z nieba. Owszem, pierwsze akty agresji wywoływały sprzeciw, ale z czasem spowszedniały. Ludzie obojętnieją, mimo że nie tylko się o tym mówi, ale i pokazuje nawet po kilka razy dziennie nagrane filmiki. To już staje się normą. Obawiam się, że niebawem możemy obudzić się w kraju, w którym przemoc i zbrodnia zostaną usankcjonowane przez państwo. Jak? Ot choćby poprzez bojaźń sądów, bo (p)rezydent znowu ułaskawi kogoś, kto zabił Ukraińca w knajpie pełnej naćpanych kiboli czy nawet na ulicy lub we własnym mieszkaniu. A jak Putin zajmie Ukrainę i uzna, że braci w cerkiewnej wierze – jak napisano w sieci – trzeba wyzwolić z rąk Polskich Panów po „wyzwoleniu” Mołdawian, to kto nam przyjdzie z pomocą? Trump pomagający Putinowi? A może NATO czy Europa? Mam coraz więcej wątpliwości. W sumie to może zawsze tacy byliśmy, tylko wcześniej tego nie widzieliśmy? JAN KRÓL

Na co idą nasze pieniądze… 

Osobliwości NFZ 

Osobliwość w Kosmosie znajduje się w centrum czarnych dziur. To taki punkt lub obszar, w którym gęstość materii i krzywizna czasoprzestrzeni stają się nieskończone, a prawa fizyki przestają obowiązywać. Światło z takiej dziury się nie wydostanie. 

Osobliwość medyczna jest w centrum NFZ. Potrzeby finansowe stają się nieskończone, a prawa ekonomii przestają obowiązywać. Każdy pieniądz, jak duży by był, tu do czarnej dziury wpada i natychmiast znika. 

Wokół jest mnóstwo przykładów płacenia lekarzom za friko. Gdyby szacować według chytrego lekarza ze Szpitala Południowego w Warszawie, który kiedy mu się zaczął palić grunt pod nogami, tak się samoograniczył, że zwrócił 500 tys. z „zarobionego” półtora miliona – jedną trzecią pieniędzy NFZ wypłaca ciepłą, lekką rączką bez jakiejkolwiek kontroli. Nie spodziewam się, żeby pozostali lekarze, mając tak niekontrolujący system, z niego nie korzystali. Najuczciwszy się skusił. 

Tyle mówi się o luce VAT-owskiej i fałszywych fakturach. Czym się one różnią od lewych faktur lekarskich? Ano niczym. Poza tym że te są jeszcze mniej moralne, bo dotyczą żerowania na chorych. Zawyżone faktury, zafałszowane procedury medyczne, fikcyjne zatrudnienia i nieistniejące godziny pracy. 

Pozostaje pytanie: Co robi kadra kierownicza jednostek medycznych – dyrektorzy szpitali oraz ich księgowi i kadrowi? Co robi prezes NFZ i jego pracownicy, bez żadnej kontroli i refleksji wypłacając kasę każdemu, kto tylko chce i ile chce? Jak nie zapłacisz składki – tracisz uprawnienia do leczenia. Jak ci NFZ tę składkę puści z dymem i każe miesiącami czekać w kolejce – nic nie zrobisz. Czy to nie oni przede wszystkim powinni być pociągnięci do odpowiedzialności za ten bajzel? Za całkowity brak lub iluzoryczny nadzór za niedopełnienie obowiązków? Bo wygląda na to, że ich praca kończy się na zawarciu z lekarzem umowy na nierealnie wysoką stawkę i drżenie, żeby czasem im się taki lekarz nie przeniósł do konkurencji, która zapłaci jeszcze więcej. 

Za nasze składki, za nasze ciężko zarobione pieniądze system wykreował nam zadufanego w sobie, aroganckiego lekarza z rozdętym ego. To ci dopiero osobliwość… OBYWATELKA PACJENTKA

Gdzie trafiają zyski z butelkowego biznesu? 

Rząd rozpaczliwie szuka pieniędzy 

Wprowadzony pod szyldem ochrony środowiska system kaucyjny w Polsce to w rzeczywistości potężny, przymusowy mechanizm rynkowy, który transferuje miliardy złotych z kieszeni obywateli wprost do kont kontrolowanych przez globalne korporacje spożywcze, sieci handlowe oraz gigantów branży odpadowej. Choć oficjalną motywacją było spełnienie unijnych wymogów recyklingu i uniknięcie kar przez państwo, ostateczny kształt przepisów wdrożonych przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska pod wodzą Pauliny Hennig-Kloski stworzył idealne warunki dla wielkiego biznesu. System ten uderza w konsumentów potrójnie: poprzez ukryty wzrost bazowych cen napojów, podwyżki gminnych opłat za wywóz śmieci oraz bezpośrednią stratę 50 groszy od każdej butelki, której z różnych powodów nie uda się zwrócić. Te nieodebrane kaucje nie zasilają budżetu państwa, lecz stają się niekontrolowanym źródłem kapitału dla prywatnych spółek operatorskich zarządzanych przez wieloletnich menedżerów wyciągniętych bezpośrednio z rad nadzorczych największych koncernów, zarabiających rynkowe pensje sięgające od 50 do ponad 100 tys. zł miesięcznie. Jednocześnie skomplikowane i zaporowe koszty wejścia do systemu odcinają płynność finansową małym, rodzimym producentom napojów i browarom regionalnym, skutecznie wypychając ich z rynku na rzecz monopoli. 

Ministerstwo Klimatu i Środowiska oraz Wojewódzkie Inspektoraty Ochrony Środowiska (WIOŚ) kontrolują operatorów wyłącznie pod kątem celów ekologicznych, a nie finansowych. Jeśli operator spełni te normy rynkowe, urzędników nie obchodzi, ile spółka wydała na fakturowanie, premie czy prezesów. Państwo interesuje jedynie to, aby system działał na papierze, chroniąc Polskę przed karami z UE. Resort Klimatu nie wie, gdzie są pieniądze. 

Z perspektywy państwowej system jest skrajnie nietransparentny. Ministerstwo nie ma nawet bieżącego wglądu w dokładne kwoty pobranych i nieodebranych kaucji. Resort opiera się wyłącznie na rocznych sprawozdaniach finansowych, które spółki składają do KRS. Oznacza to, że przez cały rok operatorzy obracają miliardami złotych z przepadłych kaucji bez jakiejkolwiek bieżącej weryfikacji ze strony rządu. Cała logistyka tego mechanizmu opiera się na przymusie ekonomicznym i darmowej pracy fizycznej milionów Polaków, którzy zostali zmuszeni do bezpłatnego sortowania, magazynowania oraz transportowania odpadów na własny koszt tylko po to, aby odzyskać wcześniej zamrożony depozyt, podczas gdy oczyszczony w ten sposób wartościowy surowiec trafia z powrotem do rąk korporacji generujących gigantyczne zyski rzędu miliardów złotych rocznie. A podobno brakuje pieniędzy w budżecie. Rząd szuka pieniędzy w kieszeniach emerytów i etatowców, których podatek wynosi prawie 40 proc. Może trzeba dokonać większej zmiany systemu podatkowego i upomnieć się o udział w tym butelkowym biznesie, który powstał dzięki ministerstwu, ale nie przynosi korzyści dla kraju. ALEKSANDER z Krakowa 

2026-09-12

Angora