Noc z 27 na 28 maja 1992 roku. Około 2 w nocy dyżurny Komendy Powiatowej Policji w Mińsku Mazowieckim poderwał się na dźwięk trzaskających drzwi i kobiecego płaczu. Do dyżurki wbiegła prawie naga, zakrwawiona dziewczyna, próbując zasłaniać się rękami. Zdołała wykrztusić tylko tyle, że jechała okazją z Warszawy z dwoma nieznajomymi, którzy wielokrotnie ją zgwałcili i bili po twarzy, gdy próbowała się bronić.
Policjant natychmiast wezwał karetkę. W szpitalu opatrzono rany i wykonano obdukcję, która potwierdziła gwałty. Ofiara, Ewa, była studentką informatyki Politechniki Warszawskiej, pochodziła z małej miejscowości koło Dęblina. Od dwóch lat mieszkała w akademiku, ale większość wolnych dni spędzała u schorowanych rodziców w Lubelskiem. Nie imprezowała, nie uczestniczyła w życiu towarzyskim, nie miała bliższych znajomości.
26 maja 1992 roku. Ciepły, słoneczny wieczór. Jak przy wielu wcześniejszych wyjazdach do rodziców Ewa stanęła na warszawskiej Pradze, by złapać okazję w stronę Lublina. Do pokonania miała 150 km i nie czuła obaw przed podróżą z obcymi.
Około 22 zatrzymywała auta na wyjeździe z miasta. Już drugi samochód, mały Fiat 126p, stanął na poboczu. Kierowca nie jechał w stronę Lublina, ale zgodził się podrzucić ją do skrzyżowania dróg Warszawa – Lublin i Józefów – Wiązowna. Kilkanaście minut później Ewa wysiadła. Było około 22.30, bardzo ciemno.
Zaczęła ponownie machać do przejeżdżających aut i niemal od razu zatrzymał się czerwony Polonez, najpewniej na tablicach WG. W środku siedziało dwóch młodych mężczyzn. Na pytanie, czy jadą w stronę Lublina, odpowiedzieli, że do samego centrum. Ewa wyjaśniła, że wysiądzie wcześniej, w okolicach Dęblina.
W świetle lamp zobaczyła ich twarze: pasażer miał 28 – 29 lat, kierowca był starszy, mógł mieć 33 – 34 lata. Po chwili Polonez ruszył trasą Warszawa – Lublin ze sporą jak na tamte czasy prędkością. Początkowo rozmowa się nie kleiła. W końcu starszy mężczyzna zapytał Ewę, co robi w Warszawie i dokąd jedzie. Odpowiedziała krótko, że studiuje i wraca do chorych rodziców.
Mężczyźni przedstawili się jako policjanci ze Świebodzina. Twierdzili, że jadą do Lublina po groźnego przestępcę, trzykrotnie karanego za morderstwo i gwałty. Ewa nie uwierzyła w tę historię i głośno to powiedziała, zauważając, że policja nie jeździłaby po takiego bandytę Polonezem. Rzekomi funkcjonariusze tłumaczyli, że „w firmie jest kryzys” i jeździ się tym, co jest. Po chwili przedstawili się – kierowca jako Krzysiek, a pasażer – Paweł.
Gdy odjechali od Warszawy około 30 km, Krzysiek stwierdził, że trzeba dolać oleju. Zatrzymali auto na poboczu i obaj wysiedli. Ewa nie widziała dokładnie, co robią, ale czynność trwała długo. Po kilku minutach ruszyli dalej.
Na wysokości Lublic, na wiadukcie nad torami, gwałtownie skręcili w lewo, w obwodnicę biegnącą wzdłuż linii kolejowej. Po kilkuset metrach zatrzymali się w lesie. Była ciemna noc. Paweł przesiadł się na tylne siedzenie i kazał Ewie się rozebrać. Myślała, że to żart, odmówiła z uśmiechem. Wtedy uderzył ją kilka razy w twarz i rozerwał ubranie.
Naga, skulona, płacząca błagała o litość. Mężczyźni byli bezwzględni. Gwałcili ją i bili na zmianę.
Oszczędzę państwu szczegółów tego dramatu. Jak relacjonowali śledczy, obaj napastnicy kilkakrotnie zgwałcili Ewę w samochodzie. Po kilkudziesięciu minutach wyrzucili nagą dziewczynę z auta i zostawili w lesie, po czym zawrócili w stronę Warszawy. Zabrali jej białą kurtkę, bluzkę, spodnie, czarną torbę, zeszyty z wykładów i kosmetyczkę.
Około północy Ewa, wciąż naga, zatrzymała na szosie przypadkowy samochód. Kwadrans później, ciężko pobita, zgłosiła się na policję w Mińsku Mazowieckim. Ustalono, że sprawcy najprawdopodobniej pochodzili z Warszawy.
W 1992 roku przedstawiono ich rysopisy: Krzysiek – kierowca – około 33 lat, wysoki, ciemne włosy czesane do tyłu, czarne wąsy, pucułowata twarz, bardzo niski głos. Paweł – około 28 lat, szczupły, pociągła twarz, odstające uszy, jasne włosy zaczesane do tyłu.
To tragiczne zdarzenie było jednym z wielu, które każą zastanowić się, czy warto ryzykować podróż z nieznajomymi.