30 listopada 2007 roku około 18.45 mieszkańcy domu przy ul. Składowej w Łodzi usłyszeli odgłosy przypominające wybuch petardy – w tej okolicy nie było to nic niezwykłego. Dopiero później jeden z lokatorów, wracając do domu, zauważył na klatce schodowej leżącego mężczyznę. Okazał się martwy. 32-letni Konrad P. zginął, gdy szedł odwiedzić matkę mieszkającą w tym budynku. Oddano do niego strzały z bliskiej odległości – najpierw w plecy, potem, gdy próbował się osłonić ręką, w głowę. Dlaczego musiał umrzeć?
Matka i siostra Konrada mówiły, że w ostatnich tygodniach wyraźnie się czegoś bał. Twierdził, że jest śledzony, zaczął się ukrywać. Miał lekką chorobę psychiczną, nie pracował, żył z zasiłku. Nie miał własnego mieszkania włóczył się po Łodzi, najczęściej po Piotrkowskiej, czasem nocował w schroniskach. Mimo takiego życia dbał o wygląd, ubierał się elegancko. Choroba nie przeszkadzała mu jednak w drobnych przestępstwach – brał lewe kredyty, kupował towary i od razu je sprzedawał. Prawdopodobnie handlował też prochami.
Pół roku przed tragedią – wiosną 2007 roku – Konrad podczas pobytu w szpitalu poznał 27-letnią Rozalię (imię zmienione), córkę znanego łódzkiego biznesmena, właściciela dużej sieci hurtowni. Młodzi szybko przypadli sobie do gustu i po wyjściu ze szpitala nadal się spotykali. Jak mówiła matka Konrada, najpierw była to zwykła znajomość, potem przyjaźń, a w końcu prawdziwe uczucie. Konrad często odwiedzał Rozalię w jej domu, a para planowała wspólną przyszłość. Ojciec dziewczyny był temu zdecydowanie przeciwny. Gdy dowiedział się, że chłopak jest chory, żyje jak włóczęga i pochodzi z ubogiej rodziny, zakazał córce kontaktów. Tym bardziej że po wizytach Konrada z domu znikały cenne przedmioty; ukradł nawet Rozalii telefon i zegarek. Biznesmen wyrzucał go z domu, groził pobiciem, a przez pewien czas nawet go śledził.
Ostatecznie Rozalia zerwała z Konradem pod koniec czerwca. On wpadł w furię: wypisywał na murach w okolicy jej domu wulgarne hasła, wydzwaniał, robił awantury. Ojciec dziewczyny część tych incydentów zgłosił policji. Śledczy brali pod uwagę dwa motywy zabójstwa: zlecenie albo długi.
Dom matki Konrada był przez miesiąc przed zbrodnią obserwowany. Widziano tam dwóch mężczyzn, ok. 55-letnich, przyjeżdżających czerwonym Oplem Calibrą – jednego szczupłego, w okularach i granatowej kurtce, drugiego, niższego – w brązowej. W dniu zabójstwa towarzyszył im jeszcze trzeci mężczyzna w podobnym wieku. Wszystko wskazywało na to, że zabójstwo Konrada było zaplanowane i wykonane przez zawodowców.
Kiedy po roku wciąż nikogo nie oskarżono, sprawa trafiła do „997”. Była to jedna z ciekawszych realizacji, bo nasza rekonstrukcja stała się częścią działań operacyjnych łódzkich kryminalnych. Śledczy właściwie od początku wiedzieli, kto zlecił zabójstwo… ale kto strzelał? Brakowało twardych dowodów. Policja wprowadzała więc poprawki do scenariusza inscenizacji i sama ustaliła termin emisji. Dziś mogę się domyślać, że nieprzypadkowo – zapewne właśnie wtedy założono podsłuchy podejrzewanym. To był „złoty strzał”. Cztery dni po emisji w areszcie byli już dwaj zabójcy i pośrednik, który skontaktował ich ze zleceniodawcą. Sam zleceniodawca, 47-letni Piotr L., został zatrzymany na Okęciu po powrocie z Białorusi. Jak mówili mi śledczy, program „997” dostarczył brakującego ogniwa, a działania operacyjne związane z jego emisją kolejnych dowodów.
Kiedy biznesmen zdecydował się „zlikwidować” partnera córki, zwrócił się do 60-letniego Eugeniusza W., ochroniarza z kontaktami w łódzkim półświatku. Ten znał ludzi od mokrej roboty. Było to pod koniec czerwca 2007 roku. Za wykonanie zlecenia biznesmen oferował 160 tys. zł do podziału. Na „robotę” przystali 63-letni Tadeusz B., ps. Polikarp – były cinkciarz i gangster od kredytowych przekrętów – oraz 63-letni Wiesław J., ps. Andrzej. Pięć lat po zbrodni Sąd Okręgowy w Łodzi skazał Piotra L. i Wiesława J. na 15 lat więzienia, a Tadeusza B., który strzelał, na 25 lat. Po apelacji w 2015 roku Sąd Apelacyjny złagodził karę jedynie ojcu dziewczyny – z 15 do 13 lat. Sprawa trafiła jeszcze do Sądu Najwyższego, ale wcześniejsze wyroki utrzymano.