Słabo zabezpieczone druki czekowe były łakomym kąskiem dla oszustów, których działania często trafiały do programu „997”. Na przełomie lat 80. i 90., w czasach szalejącej inflacji, fałszywe czeki umożliwiały przekręty na miliardy złotych. Dziś przypominamy jedną z takich spraw.
Tożsamości trzech mężczyzn, którzy w 1991 roku przeprowadzili oszustwo na miliony złotych, nigdy nie ustalono. Ich plan był prosty, ale skuteczny: wybierali mały bank i pojawiali się tuż przed zamknięciem, by szybko załatwić formalności. 11 października 1991 roku w Banku Spółdzielczym w Stanisławowie (woj. siedleckie) młody mężczyzna przedstawił dowód osobisty na nazwisko Krzysztof L. – prawdopodobnie skradziony – i założył rachunek bieżący, prosząc o książeczkę czekową. W banku była tylko jedna pracownica, a poza przybyłymi – żadnych innych klientów.
Mężczyzna przedstawił zaświadczenie o reprezentowaniu fikcyjnej firmy „Handel – hurt – detal – artykuły – spożywcze – przemysłowe – eksport – import” z rzekomą siedzibą w Konstancinie-Jeziornie przy ulicy Witosa. Po chwili miał już w ręku książeczkę serii AA od numeru 04 61 226 do numeru 04 61 250, zawierającą aż 25 czeków. Poprosił o potwierdzenie jednego z czeków pieczęcią bankową, wpisując na nim kwotę 5 milionów złotych – odpowiadającą wcześniej wpłaconej sumie.
Jak później ustalono, przed bankiem czekał wspólnik, z którym szybko odjechał do trzeciego członka grupy – fałszerza dokumentów. Ten podrobił pieczęcie i podpisy, „potwierdzając” każdy czek na niemal 500 mln zł. Właśnie tak – domowym sposobem – wcielono w życie miliardowy przekręt.
16 października jeden z trzech przedsiębiorczych mężczyzn zadzwonił do Zakładów Przemysłu Mięsnego w Zamościu, podając się za przedstawiciela spółki, której nazwy nikt nie zapamiętał. Telefon z rozmową zamiejscową odebrał główny specjalista ds. handlu z działu sprzedaży. Dzwoniący wyraził chęć zakupu dużej partii konserw mięsnych. W zbycie przyjęto ten telefon z radością. Dawno nie było takiego klienta.
Następnego dnia, tuż przed zamknięciem biura, w dziale sprzedaży pojawił się mężczyzna łudząco podobny do tego z banku w Stanisławowie. Powołując się na wcześniejszą rozmowę, stwierdził, że przyjechał z Warszawy po odbiór konserw. Po sporządzeniu odpowiednich dokumentów mężczyzna, posługując się tym samym dowodem osobistym, który okazał w banku, pobrał z magazynu konserw towar o wartości 360 milionów złotych. Zapłacił oczywiście czekiem.
Konserwy załadowano na samochód chłodnię marki Jelcz (rejestracja WGJ 94 85), którego tablice okazały się fałszywe i skradzione. Do dziś nie wiadomo, gdzie trafiły tysiące puszek z konserwami.
Następnego dnia oszust pojawił się w Spółdzielni Mleczarskiej w Radymnie, gdzie załadował 8 ton masła, płacąc fałszywym czekiem na 184 mln zł. Cztery dni później, 22 października, gang odwiedził Zakłady Przemysłu Tytoniowego w Radomiu i kupił papierosy za ponad 300 tys. zł. Sprzedaż przebiegła tak sprawnie, że nikt nie zanotował, czym wywieziono towar. Kilka dni później jeden z członków grupy pojawił się w warszawskiej Baltonie, posługując się skradzionym dowodem na nazwisko Ryszard K. Kupił alkohol o wartości 256 mln zł. Towar odebrano w Borowcu koło Konstancina-Jeziorny, używając dostawczego auta zachodniej produkcji – właściciela ani marki auta nigdy nie ustalono.
Gdy kilka miesięcy po tych wydarzeniach prezentowałem sprawę w magazynie „997”, policja przyznawała, że nie zna pełnej skali oszustw – ile ich było, wiedzieli tylko poszkodowani. Niestety, był to skuteczny sposób na szybki zarobek. Z moich ustaleń wynika, że sprawców nigdy nie zatrzymano, a po emisji programu napłynęło niewiele nowych informacji. Dziś czeki to już przeszłość (poza USA), ale pojawiły się bardziej wyrafinowane metody oszustw: firmy słupy, fikcyjne faktury, karuzele VAT i inne._