R E K L A M A
R E K L A M A

Wierzę w naszych. Rozmowa z ADAMEM MAŁYSZEM

Rozmowa z ADAMEM MAŁYSZEM, prezesem Polskiego Związku Narciarskiego.

Fot. Wikimedia

– Jakie oczekiwania ma pan związku z tegorocznymi zimowymi igrzyskami olimpijskimi?

– Na igrzyska jedzie się po medale i myślę, że nasi reprezentanci będą robić wszystko, żeby je zdobywać. Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek traktował wyjazd do Włoch jak wycieczkę. Trzeba walczyć, a i wiara w sukces też nam nie zaszkodzi…

– Czyli jest nadzieja…

– Musi być! Ale nie zapominajmy, że chętnych, żeby stanąć na podium, jest bardzo wielu… Często czysty przypadek czy lepsza dyspozycja danego dnia mogą spowodować, że zgarnie się wymarzony krążek, więc absolutnie nikogo nie wolno skreślać.

– Zakłada pan jakiś plan minimum, jeśli chodzi o nasz dorobek?

– Ani minimum, ani maksimum. Bardzo ciężko snuć takie plany. Można mieć marzenia. Uważam, że naszych stać na medale. Szczególnie w trzech dyscyplinach – snowboard, narciarstwo alpejskie i skoki narciarskie. Ale zdarzają się przecież piękne niespodzianki, więc medal może pojawić się tam, gdzie w ogóle się nie spodziewaliśmy. Może też nie być go w ogóle… Wolę rozmawiać o czymś, czego się dokonało, niż spekulować.

– Pytając o minimum, podejrzewałem, że może paść odpowiedź „byle przebić Pekin 2022”, gdzie zdobyliśmy raptem jeden brązowy medal…

– Wiadomo, że igrzyska są co cztery lata, więc marzymy, żeby z każdymi kolejnymi było coraz lepiej. Natomiast świat się zmienia, zmieniają się dyscypliny, przepisy, regulacje… Nie chcę jednak szukać usprawiedliwień. Po prostu, trzeba dawać z siebie wszystko, a czy to wystarczy, żeby była radość? Celowanie z optymalną formą na tę jedną najważniejszą imprezę, to trudna sprawa. Trenerzy starają się szykować swoich podopiecznych według olimpijskiego kalendarza, ale potem w życiu bywa różnie.

– Z pewnością najbliższe są panu skoki narciarskie, jednak po rezultatach naszych w tym sezonie trudno o optymizm…

– A czy ktoś w Salt Lake City w 2002 roku przypuszczał, że Simon Ammann zdobędzie dwa złote medale? To jest sport! Raz jeszcze powtórzę, wierzę w naszych i jestem przekonany, że dadzą z siebie wszystko.

– Brak w kadrze na igrzyska Piotra Żyły, który ostatnio w Willingen miał przebłyski dawnej formy, budzi kontrowersje…

– Każdy ma prawo do swoich wywodów. Wiadomo, jak popularne są w Polsce skoki, lubimy o nich dyskutować. Normalnie, po ludzku, z ciekawości. Jednak kluczowe decyzje pozostają w gestii trenerów. Nawet ja, który na skokach zjadłem zęby, nie chcę nikomu niczego sugerować. Inna sprawa, że cała dyskusja o Piotrku pewnie by nie miała miejsca, gdyby on po prostu lepiej skakał nie tylko w tym jednym, trochę udanym konkursie, lecz także wcześniej.

– Skoki skokami, ale na jakie dyscypliny kibice powinni jeszcze zwrócić uwagę?

– Każdy ma swój ulubiony sport i nie ma sensu mówić o tych najciekawszych, bo to indywidualna sprawa. Sam, odkąd po raz pierwszy miałem okazję śledzić podczas igrzysk zmagania w hokeju, uważam go za jeden z fajniejszych sportów do oglądania na żywo. Nie w telewizji, ale właśnie z perspektywy trybun, gdzie, wbrew pozorom, widać o wiele więcej niż przed ekranem. Wiem, że liczni są też zagorzali kibice curlingu, czyli sportu, którego reguły wciąż mogą dziwić. Na pewno zachęcam wszystkich do kibicowania. I to najlepiej na miejscu, we Włoszech. Takie wsparcie bardzo się przyda!

– Wraca pan do Włoch na zimowe igrzyska po dwudziestu latach, tyle że w nowej roli. Podróż sentymentalna?

– Oczywiście, przecież doskonale pamiętam Turyn 2006, gdzie wprawdzie nie odniosłem takich sukcesów jak w Salt Lake City w 2002 roku, czy w Vancouver w 2010, ale wspomnienia pozostały. Poza tym skoki będą rozgrywane na skoczniach w Predazzo, czyli miejscu mojego dwukrotnego mistrzostwa świata. Kamil Stoch też tam swoje wygrał. Mam wrażenie, że Polakom zawsze się tam dobrze skakało, więc rodzi się nadzieja, że włoskie obiekty znów będą nam sprzyjać.

– Z perspektywy prezesa ważniejsze są emocje związane z medalami, czy organizacyjne działania, żeby wszystko dopiąć na ostatni guzik?

– Jedno i drugie. Niemniej, na samą organizację nie mamy bezpośredniego wpływu, bo przecież nie my stoimy za tą imprezą. Jasne, jeśli możemy coś poprawić jako PZN, chętnie to robimy. A medale… Tu wszystko zależy od samych zawodników i nie da się w to ingerować. Brutalna sportowa prawda, ale zawodnik jest zdany wyłącznie na siebie.

– Czyli pozostaje kibicować, trzymać kciuki i dmuchać w telewizory. Tak jak panu w czasach małyszomanii dmuchała cała Polska…

– Trzeba! I szczerze mówiąc, takie wsparcie się czuje. Zapewniam, że dla każdego sportowca jest to coś wyjątkowego, wręcz nieocenionego. 

2026-02-14

Maciej Woldan