R E K L A M A
R E K L A M A

IKONOWICZ: Przemoc finansowa

Do Pani Ani zadzwonili oszuści podszywający się pod pracowników banku. Wielokrotnie przełączali ją między rzekomymi „doradcami”, przekonując, że na jej koncie wykryto podejrzaną aktywność i że chcą ją uchronić przed utratą pieniędzy. Działali metodycznie, budując atmosferę presji i zagrożenia. W końcu wyłudzili dane, które pozwoliły im zlecić przelew na zagraniczne konto.

Fot. Twitter

Kobieta zorientowała się jednak, że mogła paść ofiarą oszustwa, i już po niespełna 40 minutach była w oddziale banku, by zgłosić całe zdarzenie. W chwili zgłoszenia pieniądze wciąż znajdowały się na jej rachunku. Mimo to bank nie zablokował przelewu na niemieckie konto. Zgodnie z obowiązującymi zasadami w przypadku niezwłocznego zgłoszenia podejrzenia przestępstwa bank powinien podjąć działania w celu wstrzymania transakcji i zabezpieczenia środków. Tymczasem przelew został zrealizowany. W tej sytuacji bank powinien zwrócić klientce utracone pieniądze. Brak reakcji oznacza naruszenie procedur bezpieczeństwa i obowiązku należytej staranności. Jeśli instytucja nie naprawi szkody dobrowolnie, sprawa trafi do sądu.

Podobnie bulwersująca jest historia Pani Agaty. Zadłużenie wobec spółdzielni mieszkaniowej spłaciła w całości jeszcze w grudniu ubiegłego roku. Mimo to spółdzielnia wystąpiła do sądu o nakaz zapłaty. W styczniu komornik zajął jej emeryturę oraz środki na koncie bankowym. Wraz z kosztami egzekucyjnymi i odsetkami wyegzekwowana kwota była niemal dwukrotnie wyższa od wcześniej uregulowanego długu. Pani Agata przedstawiła potwierdzenia spłaty zarówno spółdzielni, jak i komornikowi. Mamy luty, a pieniędzy nadal nie zwrócono. Zabrać potrafią szybko, oddać – znacznie wolniej. Prezes spółdzielni wyraziła zdziwienie i obiecała wyjaśnienia, lecz na obietnicach się skończyło. Dla banku czy spółdzielni dziesiątki tysięcy złotych mogą być kwotą nieznaczącą. Dla poszkodowanych to często środki niezbędne do życia.

Na warszawskich Szmulkach starsza para zamieszkała razem, by zmniejszyć koszty utrzymania. Ona zbierała w lesie konwalie, on sprzedawał je na targu. Żyli bardzo skromnie. Gdy kobieta sprzedała działkę za 110 tysięcy złotych, musieli założyć konto w banku, by sfinalizować transakcję. Ktoś skopiował ich karty płatnicze i wyczyścił rachunek, zanim karty dotarły do nich pocztą. Bank nie uznał swojej odpowiedzialności, nikt nie przesłuchał personelu, a sprawę umorzono. „Konwaliowa para” wciąż żyje w biedzie. Takie działania wobec osób niezamożnych to forma przemocy finansowej, która niszczy poczucie bezpieczeństwa i elementarną sprawiedliwość. 

2026-02-20

Piotr Ikonowicz