Miejsce akcji: Holandia. Żartowaliśmy, że Volkswagen zaplanował dziennikarskie jazdy w kraju wiatraków i tulipanów, żeby nikt z nas nie uzyskał przesadnie wysokich wyników zużycia energii, które wiążą się z szybką jazdą. Skutecznym batem na traktujących zbyt mocno pedał gazu są mandaty należące do najwyższych w Europie oraz ograniczenie prędkości na tamtejszych autostradach raptem do 100 km/godz. W połączeniu z leniwym przedzieraniem się przez amsterdamskie korki elektryczne Polo zdało egzamin z oszczędności, „zjadając” tyle prądu, ile przewiduje w danych technicznych producent (13,4 kWh/100 km). W holenderskich realiach powinniśmy zatem bez stresu pokonać 370 – 380 km bez rozglądania się za ładowarkami… Podejrzewam, że w Polsce, gdzie jeździ się nieco „odważniej”, zasięg będzie trochę niższy, co jednak nie zbliżyłoby ID. Polo do miana „żarłocznego”.
Bez udziwnień
Nowy model według starych zasad. Tak można w telegraficznym skrócie opisać debiutującego Volkswagena. I – co ważne – traktować te słowa wyłącznie jako komplement. Już sam fakt trzymania się znanej i cenionej nazwy Polo, zamiast silenia się na enigmatyczną nomenklaturę, jest godny pochwały. Klasyczny jest także wygląd auta. O rewolucji w prostej bryle Polo nie ma mowy, ale czy to źle? Niekoniecznie, bowiem Niemcy wychodzą na przekór niepisanej regule, że auta na prąd muszą być za wszelką cenę futurystyczne. „Kosmicznych” wozów poznaliśmy w ostatnim czasie tyle, że zdążyły się znudzić, a pozornie normalny samochód zaczął wydawać się fascynujący. Paradoks motoryzacji w 2026 roku.
Subskrybuj