W tygodniku Do Rzeczy znalazłem nową definicję słowa „dobroduszny”: Celem wojny – jak dobrodusznie wyjawił to prezydent Nawrocki – jest zabicie jak największej liczby Rosjan. „Serce na dłoni” to jest teraz mieć na niej serce wroga. Po Nawrockim takiej akurat delikatności jeszcze można się było spodziewać, ale tymczasem i premier Tusk wygłosił, jak jeszcze nigdy, nieporównanie mocną deklarację o tym, że nie dopuścimy do rozprzestrzenienia się fali destrukcji, niedwuznacznie łącząc ją z problemem imigracyjnym Europy. Przestali to być biedni ludzie szukający sobie lepszej przyszłości, przy okazji niszcząc naszą. Tak samo jak Tusk zareagował premier Magyar, który na Węgrzech zastąpił Orbána w mówieniu jednak tego samego. Nawet jeśli ze strony liberalnych premierów miałyby to być tylko przejściowe działania taktyczne, to takich słów już się nie cofnie.
Spektakl, jaki oglądamy, tak naprawdę jest symboliczną próbą zawłaszczenia przestrzeni i udowodnienia, czyje to wszystko jest. Po zrównaniu z ziemią szkół i ratuszy liczy się na to, że zbuduje się w ich miejsce co innego. Według Polityki władze Marsylii uznały dziki – ale jako zwierzęta – za zagrażające miastu, zaś do ratusza wtargnęli tam właśnie dzicy mieszkańcy. Ich lewicowy guru Melenchon bez owijania w bawełnę (dobrodusznie?) apeluje, że wielonarodowość musi ogarnąć prowincję, bo ona jest białą plamą na mapie jego zdobyczy; czy to nie nazywa się aby kolonizacja?
Subskrybuj