R E K L A M A
R E K L A M A

Mniej obcy. Recenzja Skiby

Polskie kino znudziło się już na szczęście fałszywymi opowieściami o historiach gangsterów. Bajkowe filmy o mistrzu ucieczek i włamań Zdzisławie Najmrodzkim czy niemalże romantyczna historia trójmiejskiego mafiosa Nikodema Skotarczaka powoli odchodzą do składnicy złomu.

Kadr z filmu

I wreszcie mamy coś w rodzaju muzycznego przebudzenia, czyli filmy o polskich muzykach rockowych. Te historie aż się prosiły o sfilmowanie. Punkowa załoga z Bieszczad, czyli film sprzed dwóch lat „Idź pod prąd” o zespole KSU, a teraz najnowsza produkcja Netflixa – biografia gitarzysty Lady Pank Jana Borysewicza. To na razie tylko jaskółki tego zjawiska, ale gdy doda się informacje o tym, że ma powstać też film fabularny o zespole Dezerter, to tendencja zaczyna być widoczna. Wierzę, że branża filmowa dostrzeże ciekawsze wątki w historiach zbuntowanych muzyków niż w biografiach pospolitych złodziei.

„Mniej obcy” to nie jest film dokumentalny o zespole Lady Pank, to przyzwoicie zrobiona fabularyzowana biografia Jana Borysewicza, którą dzięki nieśmiertelnym hitom z lat 80. ogląda się całkiem miło i z nutką sentymentu. Poznajemy skomplikowane sytuacje rodzinne (brawa dla Kingi Preis w roli matki), dramaty i tragedie. Pierwszy raz w polskim kinie słychać też dźwięki gitary Jimiego Hendrixa, na którego nagranie trafia młody Janek, kręcąc gałką radia.

Świetnie poradzili sobie z tematem młodzi aktorzy, zarówno Mikołaj Bukrewicz w roli dorosłego Borysewicza, jak i Mirosław Tomczuk w roli dorastającego Janka. Fantastycznie wypadają aktorzy tworzący pierwszy skład Lady Pank oraz zabawny Patryk Pietrzak w roli Andrzeja Mogielnickiego. Film ma niezłe tempo, a hotelowe imprezy i skandale sceniczne zespołu zostały odtworzone z zadziwiającą precyzją i zgodnością faktów. Oczywiście nie brakuje scen mocno ubarwionych czy podkolorowanych. W pewnym momencie widz odnosi wrażenie, że na ekranie jest więcej milicjantów i zomowców niż samych muzyków.

Robienie z Lady Pank zespołu walczącego z komuną może znawców polskiego rocka nieco śmieszyć. Historia przeboju „Mniej niż zero” czy powody klęski ich kariery w Ameryce są na potrzeby filmu ubrane w zbędną legendę. Jednak są to potknięcia, które absolutnie można twórcom filmu wybaczyć, bo efekt jest bezsprzecznie pozytywny.

Czekam teraz na biografie Kory i zespołu Maanam, Czesława Niemena i Marka Grechuty. To zdecydowanie ciekawsze historie niż filmy o kibolach i bandziorach, którymi przez lata zachwycała się polska kinematografia.

Ocena: Na pełnej fali 

2026-10-23

Krzysztof Skiba