Magdalena mieszkała w Kraśniku z mamą i starszą siostrą. Rodzice byli po rozwodzie, ale ojciec regularnie płacił alimenty i utrzymywał kontakt z córkami. Urodzona jako wcześniak dziewczynka chorowała na astmę. Chodziła do Szkoły Podstawowej nr 6. Była spokojną, skromną uczennicą, niemającą problemów z nauką ani zachowaniem. Przyjaźniła się z rówieśnikami ze szkoły i osiedla. Nigdy nie sprawiała kłopotów wychowawczych i zawsze wracała do domu o ustalonej porze.
Dramat rozegrał się 12 lutego 1987 roku. Był mroźny poranek, osiedle pokrywał śnieg. Magdalena źle się czuła, więc za zgodą mamy została w domu. O godz. 7.30 wyszła do szkoły starsza siostra, a kilkanaście minut później matka do pracy. Dziewczynka zamknęła za nią drzwi, zostawiając klucz w zamku. Jak twierdziła rodzina, nigdy nie otwierała drzwi obcym. Dla śledczych było to istotne, bo nie stwierdzono śladów włamania. Wszystko wskazywało więc na to, że sama wpuściła do mieszkania kogoś, kogo znała i komu ufała.
Nie ustalono, co robiła do godz. 13.30, ale wiadomo, że nie opuszczała mieszkania. Około godz. 12.30 sąsiedzi z tej samej klatki wyszli na zakupy. Wracając po godzinie, zauważyli dym wydobywający się z mieszkania. Wezwali sąsiada i wspólnie dzwonili do drzwi, lecz nikt nie odpowiadał. Mężczyzna wszedł na balkon, jednak drzwi balkonowe były zamknięte, a przez zadymienie nic nie było widać. Gdy wrócił na klatkę schodową, okazało się, że drzwi mieszkania były otwarte.
W dużym pokoju paliły się fotele i ława. Ogień był niewielki, więc sąsiedzi szybko go ugasili. Dym wydobywał się także z szafy, gdzie drugie źródło ognia zgasło samo z braku tlenu. Dopiero wtedy odkryli, że z kuchenki ulatnia się gaz. Odkręcone kurki wskazywały, że sprawca chciał doprowadzić do wybuchu i zatrzeć ślady zbrodni. W drugim pokoju jeden z sąsiadów znalazł przykryte kołdrą ciało Magdaleny. Gdy sprawdził puls, było jasne, że dziewczynka nie żyje.
Początkowo nic nie wskazywało na to, że doszło do morderstwa. Sądzono nawet, że Magdalena przypadkowo wznieciła pożar. Wezwano pogotowie, straż pożarną i milicję. Lekarz stwierdził zgon, a straż nie podejmowała już działań, ponieważ ogień zgasł.
Ciało dziewczynki było ubrane w różowy szlafrok i białą koszulę nocną, co świadczyło, że nie opuszczała mieszkania. Koszula była podciągnięta do góry, a majteczki opuszczone do kolan. Sekcja wykazała, że dziecko zostało uduszone, prawdopodobnie poduszką, lub sprawca silnie uciskał klatkę piersiową. Mogła też otrzymać mocny cios w szyję powodujący utratę przytomności.
Magdalena zamknęła rano drzwi i zostawiła klucz w zamku. Nie stwierdzono śladów włamania ani otwierania zamków podrobionym kluczem, dlatego przyjęto, że sama wpuściła sprawcę lub sprawców. Wiadomo było wprawdzie o jednym przypadku, gdy otworzyła drzwi nieznajomej kobiecie podającej się za „swoją”, ale ostatecznie ustalono, że była to osoba znana rodzinie.
Z mieszkania zginęło kilka przedmiotów, jednak milicja podejrzewała, że sprawca zabrał je dla zmylenia organów ścigania. Początkowo sądzono, że głównym celem jego wizyty była sama dziewczynka.
Dokładne oględziny miejsca zbrodni i sekcja zwłok wykluczyły gwałt, choć sprawca próbował to zasugerować, obnażając ciało dziewczynki. Matka stwierdziła brak dwóch złotych pierścionków, czarnego skórzanego płaszcza oraz 13 tys. zł.
Kilkanaście dni po zbrodni zgłosił się świadek, który twierdził, że na bazarze w Lublinie widział kobietę próbującą sprzedać podobny płaszcz. Podał jej dane. Kobieta była znana milicji jako drobna złodziejka. Ustalono, że w dniu wskazanym przez świadka przebywała w Lublinie, choć sama temu zaprzeczała. Twierdziła, że spędziła kilka godzin w hotelu z nieznanym mężczyzną, którego nigdy nie zidentyfikowano. Tego tropu nie wyjaśniono do końca.
Przez wiele miesięcy sprawdzano dziesiątki potencjalnych sprawców, szczególnie ze środowiska pedofilów. Nikomu jednak nie postawiono zarzutów. Śledztwo kilkakrotnie umarzano, ostatni raz w 1990 roku.
Nadzieję na wykrycie sprawcy dawały zabezpieczone na miejscu zbrodni ślady linii papilarnych znalezione na szafce, z której skradziono pieniądze. Prawdopodobnie należały do mordercy, ale nie udało się ich dopasować do odcisków zgromadzonych w systemie AFIS.
Po latach do sprawy wróciło Archiwum X. Przeanalizowano akta i sporządzono portret psychologiczny sprawcy. Co ciekawe, z analiz wynikało, że w zbrodni mogły uczestniczyć dwie osoby – kobieta i mężczyzna. Jedna z hipotez zakładała, że przyszli kraść, a Magdalenę zamordowali, ponieważ mogła ich rozpoznać.
Zbrodnia przedawniła się prawie 10 lat temu. Jeśli sprawca lub sprawcy jeszcze żyją, nie zaznają spokoju do końca życia.
Wiesz coś o tej zbrodni pisz: [email protected]