Bo jeśli z krakowskich wyborów płynie jakiś wniosek, to raczej dla polityki samorządowej. Gołym okiem widać, że Polacy nie chcą już świętych krów. Politycy, którzy przez lata wygrywali wybory w swoich gminach seriami, powinni mieć się na baczności. Samo zdobycie fotela prezydenta czy burmistrza nie jest już polisą gwarantującą cztery lata względnego spokoju. Coraz częściej wyborcy są gotowi upomnieć się o możliwość przerwania kadencji przed terminem.
Wcześniej było Zabrze
Warto zresztą pamiętać, że zanim z krakowskiego magistratu odwołano Aleksandra Miszalskiego, podobny scenariusz rozegrał się w Zabrzu. Tam Agnieszka Rupniewska straciła stanowisko zaledwie rok po zwycięskich wyborach. Śladem Krakowa i Zabrza próbowali pójść prawicowi aktywiści z Warszawy, ale nie zdołali zebrać liczby podpisów potrzebnych do przeprowadzenia referendum w sprawie odwołania Rafała Trzaskowskiego. Jednym z powodów był ambiwalentny stosunek Prawa i Sprawiedliwości do całego przedsięwzięcia. Z jednej strony pozbycie się Trzaskowskiego byłoby dla partii niezwykle kuszące, z drugiej jej politycy zdawali sobie sprawę, że pełne zaangażowanie w kosztowną kampanię referendalną mogłoby solidnie wydrenować partyjny budżet na rok przed wyborami parlamentarnymi.
Na pierwszy rzut oka we wszystkich trzech miastach bunt miał podobne źródła. Referenda przeciwko prezydentom przedstawiano jako sprzeciw wobec upartyjnienia magistratów, kolesiostwa i systemu ciepłych posad w radach nadzorczych, do których przepustką potrafił być choćby dyplom Collegium Humanum. Jeśli jednak każdy z tych przypadków weźmiemy pod lupę, okaże się, że Zabrze, Kraków i Warszawę dzieli więcej, niż mogłoby się wydawać.
W Zabrzu Agnieszka Rupniewska przejęła potężnie zadłużone miasto i niemal natychmiast zabrała się do oszczędzania. Z samego magistratu odeszło blisko 100 osób, zapowiadano redukcje zatrudnienia w MOSiR, łączenie szkół, ograniczano wydatki na miejskie wydarzenia. Jednocześnie wzrosła opłata za wywóz śmieci i zapowiedziano podwyżkę podatku od nieruchomości. Rupniewska przekonywała, że próbuje ratować finanse Zabrza, ale robiła to niemrawo i wiele pism mieszkańców czy stowarzyszeń pozostało bez odpowiedzi.
W Krakowie powodów do buntu nie trzeba było szukać daleko. Aleksander Miszalski w krótkim czasie skumulował kilka decyzji, które uderzały mieszkańców po kieszeni i utrudniały poruszanie się po mieście: podwyżki cen biletów, rozszerzenie płatnego parkowania i chaotycznie wprowadzaną Strefę Czystego Transportu. Każda z osobna pewnie uszłaby mu na sucho. Razem stworzyły mieszankę, która kosztowała go urząd.
Z kolei w Warszawie aktywiści przekonywali, że chcą odwołać Trzaskowskiego za zwężanie ulic, likwidowanie miejsc parkingowych czy Strefę Czystego Transportu. Ale warszawskie referendum od początku miało wymiar znacznie szerszy niż lokalny. Trzaskowski to nie tylko prezydent stolicy, ale jeden z liderów Koalicji Obywatelskiej. Jego odwołanie na rok przed wyborami parlamentarnymi zostałoby więc odczytane jako potężna żółta kartka nie tylko dla niego, ale dla całego obozu rządzącego.
Piszę o tym wszystkim, bo z ostatnich referendów można wyciągnąć dwa bardzo ogólne wnioski. Po pierwsze, co oczywiste, Polacy nie chcą kolesiostwa i coraz mocniej razi ich brak przejrzystości przy przetargach czy obsadzaniu stanowisk. Po drugie, mamy coraz mniej cierpliwości do kolejnych opłat i ograniczeń. Doszliśmy do momentu, w którym wyborcy bardziej pilnują, żeby władza czegoś im nie zabrała, niż czekają na to, co jeszcze mogłaby im dać.
Dobrze było to widać podczas kampanii w Krakowie. Jeszcze kilka lat temu kandydaci prześcigali się w bombastycznych wizjach budowy metra. Tym razem niemal wszyscy zeszli na ziemię. Zamiast obiecywać wielką inwestycję, proponowali przede wszystkim rozwijanie istniejącej sieci tramwajowej.
To drobna zmiana, ale dobrze oddaje szerszy klimat. Również w polityce ogólno polskiej coraz więcej miejsca zajmuje obrona obecnego stanu posiadania. Debatujemy o tym, czego państwo nie powinno robić: nie przywracać obowiązkowego poboru do wojska, nie podnosić podatków, nie podnosić wieku emerytalnego, ograniczać migrację. Znacznie rzadziej słyszymy wielkie opowieści o Polsce, która za dziesięć czy dwadzieścia lat ma być bogatsza, silniejsza i stać się gospodarczym liderem regionu. Polityka coraz częściej obiecuje więc nie wielki skok do przodu, ale ochronę tego, co już udało nam się osiągnąć. I to jest wniosek z Krakowa, który rzeczywiście może mieć znaczenie w przyszłorocznej kampanii.
Fenomen Gibały
Publicyści próbują iść dalej, choć mam wrażenie, że ich analizy często pokrywają się z prezentowanymi poglądami. W prawicowych mediach czytamy i słyszymy, że krakowskie wyniki to „żółta kartka dla rządu”, w tych bardziej lewicowych i centrowych, że to „kompletna porażka prawicy”. Ani jeden, ani drugi wniosek nie znajduje uzasadnienia. Przede wszystkim dlatego, że w wyborach ogólnopolskich nie będzie Łukasza Gibały.
Niezależny kandydat dobiegł do mety pierwszej tury z imponującym wynikiem 36,38 proc., zdobywając ponad 93 tys. głosów. Taki rezultat to konsekwencja przede wszystkim dwóch rzeczy: milionów złotych przeznaczanych na kolejne kampanie i wręcz maniackiego uporu. Gibała startował w wyborach na prezydenta Krakowa już po raz czwarty. Trudno znaleźć w Polsce drugiego niezależnego polityka, który przez dwanaście lat byłby gotowy konsekwentnie inwestować pieniądze i czas w zdobycie jednego urzędu.
Polityczne szlify zdobywał na szczeblu ogólnopolskim. Dwukrotnie był posłem: najpierw Platformy Obywatelskiej, później Ruchu Palikota. Ta druga informacja jest o tyle ciekawa, że dzisiaj Gibała zabiera wyborców właściwie wszystkim – od prawa do lewa. Najwyraźniej po kilkunastu latach łatka „palikociarni” przestała kogokolwiek szczególnie obchodzić.
Warto wspomnieć, że jest doktorem filozofii. Jego rozprawa nosiła tytuł „Semantyka światów możliwych a modalność metafizyczna”. Sam fakt jej napisania podpowiada, że to człowiek o szerokich horyzontach, którego trudno zaszufladkować. A jednak zdobyte przez lata doświadczenie byłoby niczym, gdyby Łukasz Gibała nie miał bogatych rodziców.
Gibała nigdy specjalnie tego nie ukrywał. To właśnie finansowa niezależność pozwoliła mu przez lata robić coś, na co przeciętnego lokalnego polityka zwyczajnie nie stać, czyli przegrywać kolejne wybory i nie znikać po porażce. Szacowanie, ile milionów złotych wydał łącznie przez wszystkie lata, aby w końcu zostać prezydentem Krakowa – choć to jeszcze nie jest przesądzone – jest karkołomnym zadaniem. Dość powiedzieć, że mowa o budżetach, na które partie zazwyczaj nie mogą sobie pozwolić. Na samą kampanię referendalną stowarzyszenie Gibały wydało blisko dwa miliony złotych.
Przez wiele lat spekulowano, że do ogólnopolskiej polityki wejdzie któryś z najbogatszych polskich przedsiębiorców. Mówiono o politycznych ambicjach Rafała Brzoski, plotkowano o Arkadiuszu Musiu, który w ostatniej kampanii bardzo mocno krytykował PiS. Nic takiego jednak nie nastąpiło i trudno zakładać, żeby przed przyszłorocznymi wyborami miało się to zmienić. Nie widać dziś ani rozpoznawalnego lidera, ani zalążka środowiska, które mogłoby zbudować wokół siebie podobny projekt.
Milionerzy przed kolejnymi wyborami będą więc zapewne robić to, co robili do tej pory: niczym wprawny gracz przy stole do ruletki rozprowadzać żetony po kolejnych polach tak, żeby niemal na każdym coś stało. Jednemu środowisku pomogą bardziej, drugiemu mniej, jeszcze inne wesprą przez fundację, think tank, konferencję czy kampanię społeczną. I zrobią to w dostatecznie grubych rękawiczkach, żeby ktokolwiek ich z tym powiązał.
Szanse Piątkowskiej
Warto spojrzeć na krakowskie wyniki i zastanowić się, co by z nich zostało, gdyby wyjąć Łukasza Gibałę. Obraz okazuje się wtedy zaskakująco zbieżny z tym, co od miesięcy pokazują ogólnopolskie sondaże partyjne.
Na drugim miejscu znalazła się Monika Piątkowska, popierana przez KO i PSL, z wynikiem 29,91 proc., która weszła do drugiej tury. W kampanii sporo mówiono o jej niewielkiej rozpoznawalności w Krakowie, a konkurenci wytykali jej nawet, że kandydaturę oficjalnie zaprezentowała nie pod Wawelem, lecz na konferencji w Warszawie. A jednak partyjny szyld bardziej jej pomógł, niż zaszkodził.
To samo, choć na mniejszą skalę, można powiedzieć o kandydacie PiS. Partia nie wystawiła jednej ze swoich najbardziej rozpoznawalnych małopolskich twarzy, choćby Małgorzaty Wassermann czy Beaty Szydło, lecz 35-letniego Michała Drewnickiego, miejskiego radnego, który dopiero zdobywa polityczne szlify. Drewnicki dostał 17,50 proc. i zgodnie z układem głównych sił politycznych dobiegł do mety jako trzeci.
Trudno dopatrywać się tutaj „końca duopolu”. Gdy na chwilę usuniemy z obrazka niezwykły fenomen Gibały, pod spodem odnajdujemy stary, dobrze znany podział. KO bierze około 30 proc., PiS kilkanaście, a resztą dzielą się mniejsi gracze. Twarde elektoraty nadal głosują przede wszystkim zgodnie z partyjną lojalnością, zapewne również dlatego, że dla części wyborców ważniejsze od sympatii do własnego kandydata pozostaje niedopuszczenie do władzy „tych drugich”.
Klęska Konfederacji
Trudno też zakładać, że w kolejnych wyborach Konfederacja poniesie równie spektakularną porażkę. Przypomnijmy: Bartosz Bocheńczak w ogóle nie znalazł się na karcie do głosowania, bo jego sztab nie zdołał zebrać wymaganych trzech tysięcy ważnych podpisów.
Jeśli ta historia o czymś świadczy, to raczej o problemach wewnątrz samej Konfederacji. Bocheńczak był człowiekiem liberalnego skrzydła Sławomira Mentzena i najwyraźniej nie wzbudził wielkiego entuzjazmu wśród narodowców związanych z Krzysztofem Bosakiem. Onet opisywał po klęsce wzajemne oskarżenia obu frakcji. Ludzie Mentzena twierdzili, że cały krakowski Ruch Narodowy dostarczył pod kandydaturą Bocheńczaka zaledwie 18 podpisów. Narodowcy przedstawiali własną wersję wydarzeń.
Mogła to być jednak próba zrzucenia odpowiedzialności za zwykłą organizacyjną kompromitację. Ostatecznie wymagane podpisy potrafił zebrać choćby Sławomir Pietrzyk z Socjaldemokracji Polskiej, ugrupowania znajdującego się dziś na absolutnym marginesie ogólnopolskiej polityki.
Przy okazji warto odnotować, że sam Mentzen po tej klęsce zachował się całkiem przyzwoicie. Nie szukał winnych poza własną partią, nie opowiadał o Tusku chowającym gdzieś podpisy ani nie tworzył żadnej nowej teorii spiskowej. Przyznał, że jego ludzie zawalili sprawę i wyciągnął konsekwencje. Bocheńczaka odwołał z funkcji prezesa krakowskiego okręgu, innych działaczy zawiesił i skierował ich sprawy do sądu partyjnego.
Razem jak zawsze osobno
Uwadze nie powinien też umknąć nienajgorszy wynik Aleksandry Owcy z partii Razem. Zdobyła 7,40 proc. głosów, ale co ważniejsze, przeskoczyła Darię Gosek-Popiołek z Nowej Lewicy, która dostała 4,65 proc. Przypuszczam, że ten wynik utwierdzi razemitów w snach o własnej potędze i dodatkowo utrudni rozmowy o jednej liście lewicy w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych.
Dobry wynik Owcy dostarcza bowiem Razem argumentu, że partia jest w stanie samodzielnie przekroczyć próg i wejść do Sejmu. O jakichkolwiek mandatach do Senatu, ze względu na jednomandatowe okręgi wyborcze, nie ma oczywiście mowy.
Problem w tym, że brnięcie w ten scenariusz może się dla całej lewicy skończyć katastrofą. W najgorszym wariancie obie listy znajdą się pod progiem i miliony głosów zostaną wyrzucone do śmietnika. Ale nawet jeśli Razem i Lewica dostaną po około 5 proc., osobny start może kosztować je mandaty. Polska ordynacja rozdziela je metodą D’Hondta. Tym samym jedna lista z wynikiem około 10 proc. ma znacznie większą szansę na mandat niż dwie konkurujące ze sobą listy oscylujące wokół 5 proc. Innymi słowy: na poziomie kraju 5 plus 5 nadal daje 10. Przy przeliczaniu głosów na mandaty ta matematyka przestaje być już tak prosta.
Dokładnie to wydarzyło się w 2015 roku, kiedy partia Razem odniosła swój pierwszy wielki „sukces”. Zdobyła 3,62 proc. głosów, zabierając wyborców Zjednoczonej Lewicy, która ostatecznie dostała 7,55 proc. i nie przekroczyła wynoszącego dla koalicji 8-procentowego progu wyborczego. W efekcie lewica po raz pierwszy po 1989 roku znalazła się poza Sejmem, a PiS zdobył samodzielną większość. Gdyby Zjednoczona Lewica weszła do parlamentu, PiS nie miałby większości wystarczającej do samodzielnego rządzenia i musiałby szukać koalicjanta.
Jedenaście lat to dość czasu, żeby wyciągnąć wnioski, ale w środowisku Razem idzie to wyjątkowo opornie. Partia ma dziś mniejszą zdolność koalicyjną niż Braun, bo wyklucza koalicję zarówno z KO, jak i z PiS. Tym samym właściwie przyznaje, że rządzić nie chce. Bardziej interesuje ją zrobienie na złość Czarzastemu i środowisku, które mimo upływu lat wciąż nazywa postkomunistycznym. Szkoda tylko, że za ten „żart” zapłacą wszyscy Polacy.
Sam wynik Aleksandry Owcy potwierdza natomiast jedynie, że młodzi wielkomiejscy wyborcy – nazwijmy ich hipsterami – lubią nowości. W 2019 roku taką nowością był w Krakowie Maciej Gdula. W 2023 roku przeskoczyła go Daria Gosek-Popiołek, a teraz ją samą przeskoczyła Aleksandra Owca. Próżno szukać tutaj jakichkolwiek wniosków, które można skutecznie przełożyć na ogólnopolską politykę.
Nowego prezydenta Krakowa poznamy w niedzielę 11 października.