Nie ma dnia, żeby dziennikarze nie poszukiwali schronów albo miejsc schronienia. W sondach ulicznych dopytują mieszkańców miast i miasteczek, gdzie takie są, a ci odpowiadają zdziwieniem: jakie schrony? kto je widział? Taka akcja jest niczym innym jak podgrzewaniem atmosfery grozy. Premier Tusk, mówiąc o zagrożeniach ze strony Rosji, sabotażach, wojnie hybrydowej, spadających rakietach – choć czynił to w dobrej wierze – w efekcie, według opozycji, dolewał oliwy do ognia. Coraz bardziej przestraszeni Polacy z mediów dostają informację, że tych bezpiecznych miejsc nie ma.
To prawda tylko częściowa. W telefonie, który ma prawie każdy, wystarczy w przeglądarce wpisać „gdzie się ukryć” i wyskoczy aplikacja, na której zainstalowanie potrzeba kilku minut. Można dzięki niej dowiedzieć się, gdzie jest najbliższe miejsce schronienia. O tym właśnie powinny informować media.
Piotr Kuczyński, analityk finansowy, publicysta i komentator gospodarczy, zauważył ostatnio, że straszenie w mediach wojną do niczego dobrego nie prowadzi. Przestraszeni obywatele zaczynają działać irracjonalnie, panikują. Nie jest rolą dziennikarzy doprowadzać do paniki. To oczywista prawda – żaden reporter lub komentator nie powinien o niej zapominać.
W ostatnich tygodniach media działały jednak wbrew tej regule. W ubiegłym tygodniu zauważyłem zmiany. I choć jedna jaskółka wiosny nie czyni, reporter Polsat News już nie szukał schronów w Podlaskiem, a znalazł tam wojewodę Jacka Brzozowskiego, który opowiedział, jak przygotowują mieszkańców na wypadek zagrożenia. Szkolenia w gminach, treningi bezpieczeństwa, billboardy i filmiki w internecie z informacjami, gdzie można się schronić. Żeby akcja nie była nudna, wymyślono „Babcię Kryzysię”, czyli Annę Trochimczyk – prawdziwą podlaską kobietę, liderkę gminy Gródek – która często humorystycznie służy życiowym doświadczeniem, zapewnia, że odporność mamy w naturze, i doradza, by nie przesadzać. Można więc nie straszyć…