Zwierzę chorowało na epilepsję, a kolejne terapie nie pomagały. Damian zaczął szukać ratunku na własną rękę. Trafił na olejki CBD, które zamówił w Wielkiej Brytanii, i wtedy stan psa się poprawił. Dostrzegli też niszę na rynku. – Zawsze marzyło mi się stworzenie własnej firmy, tylko nie miałam pomysłu, co ta firma miałaby robić – wspomina Izabela. Moment na start nie był łatwy: urodziła im się córka. Po sześciu miesiącach z dzieckiem Wojciuk zdecydowała, że na etat już nie wróci. Szef życzył jej powodzenia, a potem został ich klientem. Zaczęli sprzedawać olejki dla ludzi. Sprowadzali komponenty i sami je mieszali. Na pierwszą sprzedaż czekali trzy miesiące. Oboje spędzali godziny na infolinii, poznając pytania i potrzeby kupujących. Pierwsza klientka została z nimi do dziś. Rodzina niepokoiła się, w co właściwie zainwestowali, ale babcia Izabeli potrafiła wszystkich uspokoić. Znacznie trudniej było z kontrolami. Sanepid, celnicy, policja. Zeznania w prokuraturze i ciągnące się sprawy. – To była psychicznie bardzo obciążająca sytuacja. Od ośmiu lat współpracują z kancelarią prawną, która zna realia konopnego biznesu. Po wybuchu wojny w Ukrainie liczba zamówień spadła. Wyjechali do Tajlandii odpocząć i tam postanowili wejść w suplementy. Pierwszym produktem był B Complex. Postawili na własną produkcję, choć zlecanie jej innym byłoby prostsze. W 2024 roku Biowen miał 17 mln zł przychodów, a rok później – 50 mln. W wywiadzie z sierpnia 2026 roku mowa już o zbliżaniu się do 100 mln zł. Gdy zamówień przybyło ponad możliwości fabryki, kupili maszyny i usprawnili linie. Zakład pracował na trzy zmiany.
W poprzednim roku przeszli 40 kontroli urzędowych! Izabela porównuje zarządzanie tak szybko rosnącą firmą do składania puzzli w locie. Zatrudnili dietetyczkę, współpracują też z farmaceutami. Reklama ma przyciągać, ale dopiero produkt i rozmowa zatrzymują kupującego. – Lojalność pochodzi stamtąd, nie z jednej kampanii – dodaje Damian.