Zamiast wyretuszowanych sylwetek pojawiają się prawdziwe ciała: szczupłe i większe, młode i stare, z bliznami, stomią, po amputacjach i ciężkich chorobach.
Martha Vickery przed pierwszym spotkaniem naturystycznym nienawidziła niemal każdej części swojego ciała. Z czasem przestała traktować je jak przedmiot, który musi spełniać cudze wymagania. Zaczęła dostrzegać jego podstawową wartość: dzięki niemu może wstać rano, przytulać przyjaciół, pić kawę i czuć słońce na skórze. Podobną przemianę opisuje Linda Ashmore. Jej problemy z wyglądem zaczęły się już w wieku 12 lat, a później pogłębiły je choroby, zastrzyki z insuliny oraz amputacja dwóch palców u stóp. Gdy jako 50-latka zainteresowała się naturyzmem, odkryła, że rozmowa z gołymi ludźmi może być czymś zupełnie zwyczajnym. Helen Berriman przez większą część życia zmagała się z dysmorfofobią, czyli uporczywym skupianiem się na rzekomych wadach wyglądu. Przez 20 lat nie wkładała bikini. Dopiero spotkanie z naturyzmem pozwoliło jej spojrzeć na siebie łagodniej. Dziś nie wstydzi się swoich blizn, uważa je za część osobistej historii i przeżytego życia.
Psychologowie zwracają uwagę, że media społecznościowe, filtry upiększające i cyfrowo poprawiane fotografie zawężają nasze wyobrażenie o tym, co jest normalne i atrakcyjne. Kontakt z różnorodnymi ciałami może tę perspektywę poszerzać. W badaniu naturyści deklarowali większą satysfakcję z życia, bardziej pozytywny obraz ciała i wyższą samoocenę. Naukowcy wskazują, że nieustanne ukrywanie ciała może dodatkowo wzmacniać poczucie, że jest z nim coś nie tak. Tymczasem widok prawdziwych ludzi może przypominać, że ciało nie musi być idealne, aby było normalne, wartościowe i godne akceptacji. Nie oznacza to jednak, że naturyzm jest gotową terapią dla każdego. Badań nadal jest niewiele, a do udziału w nich mogą częściej zgłaszać się osoby, które już wcześniej dobrze oceniały tę praktykę. Istotne są również bezpieczeństwo, dobrowolność i jasno określone zasady.