Teatr Narodowy poinformował, że Jan Frycz zmarł w domu rodzinnym, w otoczeniu najbliższych. Był ciężko chory, ale o chorobie nie chciał mówić publicznie. Łączył intensywne leczenie z pracą na scenie. Według doniesień udawał się na zabiegi chemioterapii bezpośrednio z prób. Nie zwalniał tempa i miał plany na kolejny sezon. Jan Englert, który przez lata występował z Fryczem, wspominał jego niezwykłą determinację i hart ducha: – Przyglądałem się jego walce z niszczącą, dręczącą chorobą. Ciężko chorując, zbudował kilka wspaniałych ról. Pracował cały czas. Koledzy z teatru żegnali go jako „nie tylko wielkiego artystę, ale i przyjaciela” – kogoś, czyjego śmiechu, rozmów i analiz będzie brakowało w codziennym życiu zespołu. Jeszcze w tygodniu poprzedzającym śmierć rozpoczął próby do „Orestei” w reżyserii Luka Percevala. Premiera była wyznaczona na 10 października. W maju dostał nagrodę aktorską na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych za Króla w „Termopilach polskich” Jana Klaty. W minionym sezonie grał również Gloucestera w „Królu Learze” i występował w „Jak być kochaną”. Należał do pokolenia, dla którego zawód aktora był zobowiązaniem, a nie projektem wizerunkowym. Przychodziło się na próbę. Pracowało. Szukało właściwego tonu, rytmu i temperatury sceny. Arkadiusz Janiczek, przez lata jego partner w Teatrze Narodowym, zapamiętał niezwykły słuch Frycza na dialog i jego kulturę pracy. – To był mistrz, który nie wykazywał żadnej rutyny.
Subskrybuj