List otwarty do prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego
Szanowny Panie Prezydencie Wołodymyrze Zełenski! Rozumiejąc Pana intencje i podłoże historyczne, piszę do Pana z głęboką prośbą o wycofanie decyzji o nadaniu miana „Bohaterów UPA” ukraińskiej jednostce wojskowej.
Uzasadnienie
Na podstawie spisów ludności (radzieckich, polskich, rumuńskich i czechosłowackich wykonanych do 1931 roku) wiemy, że na terenach dzisiejszej Ukrainy żyło w zaokrągleniu około 40 milionów ludzi. Z tego około 75 proc. stanowili etniczni Ukraińcy, a resztę głównie Rosjanie, Polacy, Żydzi i Niemcy.
Na Kresach Wschodnich, będących wówczas w granicach Rzeczypospolitej, mieszkało około 15,6 proc. Polaków. Choć ówczesna Polska nie stworzyła Ukraińcom pełnej samorządności, to rządy te nie były tak okrutne jak reżim radziecki. Sowieci w latach 1932 – 1933, w wyniku sztucznie wywołanego głodu (Hołodomoru), uśmiercili blisko 4 miliony mieszkańców ukraińskich wsi, a opustoszałe tereny zasiedlili ludnością rosyjską.
W tamtych latach doktryna OUN/UPA zakładała, że suwerenne państwo ukraińskie może powstać wyłącznie poprzez całkowite usunięcie innych nacji z ziem uznawanych za rdzennie ukraińskie oraz walkę z mocarstwami okupującymi te tereny.
Nie wiem, czy współcześni Ukraińcy mają świadomość, że w sensie fizycznym doktryna ta została najbrutalniej nakierowana nie na Rosjan, lecz głównie na Polaków. Potwierdzają to jednoznaczne fakty historyczne: w wyniku czystek etnicznych UPA uśmierciła od 70 do 100 tysięcy polskich cywilów, podczas gdy w walkach z Sowietami zginęło około 30 tysięcy osób.
Mogę przypuszczać, że intencją Pana decyzji mogło być sprawdzenie – zgodnie z polskim przysłowiem: uderz w stół, a nożyce się odezwą – kto w Polsce jest jeszcze prawdziwym przyjacielem, a kto wrogiem Ukrainy. Ten test wypadł doskonale, teraz już to wiemy.
Jednakże, aby ten test był prawdziwie bezbłędny, proszę w imieniu własnym oraz większości przeciętnych Polaków o cofnięcie tej decyzji. Może nadeszła już pora, by nasze narody powiedziały sobie, tak jak Polacy i Niemcy: „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie”. Gdy Pan to uczyni, ja i wielu moich rodaków będziemy mogli z czystym sercem zawołać tak, jak zrobiłby to dzisiaj prezydent Stanów Zjednoczonych John F. Kennedy: „Wszyscy wolni ludzie, gdziekolwiek żyją, są obywatelami Kijowa, i tym samym ja, jako wolny człowiek, z dumą mówię: «Jestem Kijowianinem»!”. Z wyrazami głębokiego szacunku, RYSZARD PĘK
List został wysłany do Prezydenta Zełenskiego za pomocą Messengera. Jego treść ma charakter publiczny, ponieważ adresowana jest również do tych polityków, którzy rozpalają ogień nienawiści, by ogrzać się przy nim, zdobyć tanią popularność i dojść do władzy.
Podaliśmy wszystko Rosji na tacy
Sabotaż?
Przeczytałem rozmowę o tytule jak wyżej, wydrukowaną w ANGORZE nr 28. Wątpliwości co do sposobu, intencji i fachowości przekazywania do wiadomości publicznej różnych informacji z dziedziny obronności kraju, które z natury rzeczy powinny być utajnione, miałem już od wielu lat. W latach 70. XX wieku krótko pracowałem w firmie zajmującej się produkcją pomocniczego wyposażenia, które można było uznać tylko „częściowo” za wojskowe. Ale pełna tajemnica wówczas obowiązywała i nawet teraz nie przyszło mi do głowy, aby komukolwiek o tym opowiadać. A w tej chwili wszystko jest jawne. Ile mamy samolotów F-35, ile Abramsów, ile wszelkiego innego sprzętu i gdzie to wszystko jest rozmieszczone, a na dodatek zdjęcia pilotów, którzy to wszystko obsługują. Trąbią i piszą o tym prawie wszystkie dostępne powszechnie media, od telewizji poczynając, a na czasopismach kończąc. To jawny sabotaż i zdrada tajemnic państwowych. Podczas II wojny światowej fabryki zbrojeniowe ukryte były m.in. w trudno dostępnych rejonach górskich, nawet głęboko pod ziemią.
Teraz środki masowego przekazu informują wszystkich, co będzie produkowane w ramach np. SAVE, w np. Hucie Stalowa Wola, w Gliwicach Łabędach, w Bydgoszczy, w Gorzowie Wielkopolskim i w innych miejscach. Wszyscy wiedzą, co to jest Redzikowo, Krzesiny i kilka innych miejsc. Telewizje we wszystkich serwisach informacyjnych od jakiegoś czasu podają informacje o planowanej stałej obecności kontyngentu wojsk amerykańskich w Polsce, a ministrowie typują publicznie przed kamerami miejsca ich lokacji, np. Poznań, Wrocław, a może Bolesławiec. Po co?
A jeśli chodzi o zakupy nowych egzemplarzy, czy to samolotów, czy to czołgów, czy to środków obrony przeciwrakietowej lub okrętów wojennych, to podawane są oficjalnie prawdopodobne daty ich dostaw, np. 2028, 2030 itd. Po jakie licho? To jest informacja i jakby zaproszenie dla potencjalnego agresora, że może teraz, bo tych rzeczy jeszcze nie mamy.
To wszystko pachnie zwykłym sabotażem i zwykłą zdradą, i to bez względu na to, jaka opcja polityczna się tym zajmuje. No bo przecież najważniejsza jest wojna wewnątrzplemienna, z czego mieszkańcy tego kraju słyną od wieków. Strach się bać. MAREK z Zielonej Góry
Pan prezydent dogania Trumpa
Och, Karol!
Uśmiałam się jak fretka! Nawet bardziej niż na filmie pod tym tytułem. Bo jakże tu się nie śmiać, widząc, jak wszystkie „przydupasy” naraz usiłują wykazać odwagę, niezłomność i bohaterstwo swego idola i chlebodawcy, jak i spisek sił mu przeciwnych. A i onże sam na takiego siebie kreuje. Tylko dlaczego z tym zwlekali ponad miarę? Ano chyba to jasne. Nie było jeszcze takiej potrzeby. A tu tak wiele dzieje się w świecie. Trzeba tedy działać. Przecież jego patron amerykański zaliczył już aż dwa zamachy! Oba raczej marnie przygotowane, ale oba głośne. Huk wystrzałów dokładnie słyszała zebrana publika, a z przekazu TV widział cały świat. Zdyskontować tego się nie da, ale zawsze można coś wykreować.
Gratuluję pomysłu autorowi – ktokolwiek nim jest! Szczególne gratulacje zaś składam ekipie towarzyszącej w kampanii wyborczej panu Karolowi. Gratulacje należą się za stoicki spokój, opanowanie w czasie całego incydentu i ciąg dalszy. Oto kiedy główny bohater misterium traci świadomość, turla się po podłodze autobusu, kopie nogami, ma dreszcze i kompulsywnie wymiotuje – oni są spokojni, osłaniają swymi ciałami całe zajście i uwożą autobusem „na stronę”. Żadnemu z nich ręka nie drgnęła, by sięgnąć po numer 112, by wezwać na pomoc służby, różne służby, stosowne do sytuacji i rangi wydarzenia. Wszak nie wiadomo, co to jest ani jaki może być finisz. Nie wiozą na najbliższy SOR po pomoc, nie zabezpieczają treści żołądkowej, by ustalić, co te wymioty wywołało. Może potrzeba konkretnych działań medyków w postaci podania dożylnie jakiegoś antidotum lub choćby elektrolitów celem nawodnienia organizmu. Człowieka trzeba ratować! A tu nic! Podziwiam ten spokój i późniejsze błyskawiczne działania w odkurzaniu, wykąpaniu, przebraniu i postawieniu delikwenta do pionu tak, by go ciupasem dostarczyć na następne spotkanie. A pan Karol, rześki jak skowronek, pojawił się przed swymi sympatykami, „dołożył” – komu trzeba, pochwalił – kogo należało, pokrzyczał, obiecał to i owo i syty wrażeń wrócił na kwaterę. I cisza o całym zajściu! A może go nie było? Czyżby czekano, aż pojawi się stosowny moment na pokazanie – no właśnie, pokazanie czego? Wniosek jest tylko jeden.
Wydarzenie nie było ani pierwszym, ani jedynym podobnym incydentem, więc komitet wyborczy kandydata oraz zespół towarzyszący był świadomy tego, by nie panikować i przeczekać, a potem szybko uporać się z „rewitalizacją” delikwenta i w miarę szybko dostarczyć go na kolejne spotkanie. W innej sytuacji uruchomiono by pojawiający się samograj o podłości wiadomo kogo i próbie eliminacji najgroźniejszego rywala w wyborach. Należałoby przecież ustalić: kto, czym, kiedy i w jaki sposób chce to uczynić! Trzymam kciuki za wyjaśnienie wszystkich okoliczności sprawy. I to by było na tyle. BABCIA HELENKA
Trzeba tępić prawicową przemoc!
Będziesz siedział, Tusku!
„Będziesz siedział, Tusku” – to wersja łagodna, kiedy wypowiada się Ziobro albo Kowalski. A bywa też w wersji wyrazistej bojówek Bąkiewicza: „Będziesz wisiał, Tusku”. Czy to są groźby karalne? Czy zapowiedź prezesa PiS o budowaniu gwardii obywatelskiej jest dla Bąkiewicza i Brauna zachętą do tworzenia kolejnych bojówek napadających na nie-Polaków?
O groźbach karalnych mówi art. 190 kk. Wystarczy zapowiedź popełnienia przestępstwa, która wzbudza strach u adresata. Tyle że Kaczyńskiemu, Ziobrze, Czarnkowi czy Bąkiewiczowi trzeba to udowodnić, a do tego władze się nie palą. Dlaczego odpuszczają? Ze strachu! Bo prawica zapowiada dojście do władzy i zastosowanie najsurowszych kar wobec swoich przeciwników politycznych. I tyle wystarczy, by – poza ministrem Żurkiem i częścią aparatu dochodzeniowo-śledczego – zostawić „Bąkiewiczów i Kowalskich” w świętym spokoju. Tym bardziej że sądownictwo, w tym spora część prokuratury, nadal pozostaje pod silnym wpływem wyciągających ręce po władzę. Stąd często odpuszcza się złoczyńcom z prawicy. Dowodów na to mamy bez liku, chociażby Bąkiewicz, Ziobro czy Romanowski.
Najdobitniejsze groźby padają podczas tzw. miesięcznic czczących… pomniki. Ostatnio 10 lipca Jarosław Kaczyński oskarżył policję: „Tworzy bojówki rządzącej partii. Trzeba wyciągnąć wnioski, trzeba będzie budować gwardię obywatelską, która będzie bardzo zdecydowana… My zaostrzymy Kodeks karny, czy oni nie działają na zlecenie rosyjskie, to będzie dożywocie”…
Premier Tusk już tyle razy słyszał od Ziobry czy Kaczyńskiego: „Będziesz siedział”, że teraz nie robi na nim wrażenia, czy to będzie dożywocie, czy nabijanie na pal. To wszystko słyszy Polska i pyta: I co? I nadal nic? Nadal, w imię tępienia nie-Polaków, bojówki prawicowe będą lać i ganiać Ukraińców, bo ci pomnażają polski dochód narodowy?
Zwolennik Brauna, Bosaka i Kaczyńskiego syknie ze złości, że opowiadam bajki. A wyprawa bojówek Bąkiewicza do Berlina z metrowym krzyżem jest urojeniem? A pobicie kobiety i zepchnięcie jej ze schodów kościoła przez bojówkarzy Bąkiewicza to także fikcja? Tylko patrzeć, jak Bąkiewicz i spółka odpowiedzą na apel prezesa o powołaniu gwardii… Oni prezesa uwielbiają i słuchają. Dla niego wszystko! Niewykluczone, że członkowie takiej gwardii pojawią się w ministerstwie niczym Obajtek w kopalni soli z polityczną interwencją i będą poszukiwać zatrudnionych tam Ukraińców. A potem tych z nazwiskami kończącymi się na -uk. Mogą się także zjawić w obcych ideowo rozgłośni Republika, np. w TVN24, i wywloką red. Wojdę czy Kolendę-Zaleską, a z ANGORY redaktorów Szpaka i Martenkę.
Obym się mylił, ale do wytępienia prawicowej przemocy potrzebne są stanowcze poczynania władzy, nie tylko wygrażanie paluszkiem, panie premierze. W przeciwnym razie Koalicja 15 października sama na siebie ukręci bicz, zaś Kaczyński z Czarnkiem po wygranych wyborach nie będą się bawili w paragrafy, jak były minister Bodnar czy nawet obecny Żurek. A na czele komisji przywracającej prawo i sprawiedliwość stanie męczennik polityczny Zbigniew Ziobro. Tego pragniesz, Koalicjo 15 października? Komu podoba się taki scenariusz, taka Polska?
Z szacunkiem i pozdrowieniami dla Redakcji i Czytelników HENRYK KIN z Białegostoku
Dlaczego politycy PiS nie leczą się w swoim rejonie?
Jaka opozycja, taka afera
Jakiś czas temu usłyszałam, jak Kaczyński (tak, TEN Kaczyński!), usprawiedliwiając szaleńcze jazdy samochodem niejakiego Mejzy, przytoczył znane z Biblii zdanie: „Kto jest bez winy…”, sugerując przy tym, że jemu też zdarzało się przekraczać dozwoloną prędkość. Gdyby tak naprawdę było, to Jarosław złamałby również zakaz prowadzenia pojazdów bez uprawnień. Ale tak nie jest, bo… nie tylko nie ma uprawnień, ale też nie potrafi posługiwać się sprzęgłem, pedałem gazu i hamulcem jednocześnie. To przekracza możliwości najtęższego – jak sam twierdzi – umysłu, jaki wydała w tym tysiącleciu żoliborska ziemia.
Potrafi za to prezes poruszać się, chodząc. Nawet po operacji kolana i o kuli. Tę operację wykonano mu na cito, na polityczne cito, czyli poza wszelką kolejnością i nie w żadnym saloniku VIP, lecz zamieniając szpitalny oddział w apartament VIP. Do tego dorzucono – a tak naprawdę dowieziono mu do domu – kule, by mógł chodzić.
I tak oto kula u nogi Polski, jaką jest Kaczyński, zaopatrzona została przez dyrektora szpitala w urządzenia zapewniające, ku uciesze asysty i dziennikarzy, przemieszczanie się tego pana po sejmowych wnętrzach. W kraju, w którym tysiące pacjentów miesiącami czekają na zabieg, był to symbol nierównego traktowania, tego politycznego na cito.
Nie ma chyba w polskiej polityce bardziej przewidywalnego zjawiska niż wybuch oburzenia po każdej informacji, która daje szansę uderzyć w przeciwników. Nie trzeba znać faktów, nie trzeba czekać na wyniki kontroli ani wyjaśnienia. Wystarczy odpowiednio głośno krzyknąć: Skandal! Tak właśnie wygląda dziś rozdmuchiwanie sprawy Szpitala Południowego. Najgłośniej krzyczą ci, którzy przez lata traktowali państwową służbę zdrowia jak własny folwark. Nie tylko Kaczyński.
Pandemia covidu przyniosła całą serię kompromitacji. Miliony złotych wydano na maseczki, które po badaniach okazały się niespełniające wymaganych norm. Za zakupy odpowiadało Ministerstwo Zdrowia kierowane przez Łukasza Szumowskiego, a ważną rolę w całym procesie odgrywał Janusz Cieszyński, dziś też tropiący salonik VIP w Szpitalu Południowym. Pieniądze publiczne popłynęły wtedy szerokim strumieniem, a odpowiedzialność się rozpłynęła.
Był też Adam Niedzielski. Minister, który zamiast budować zaufanie do systemu ochrony zdrowia, ujawnił w mediach społecznościowych informacje dotyczące recept wystawionych lekarzowi krytykującemu ministerstwo. Sprawa zakończyła się prawomocnym wyrokiem skazującym za naruszenie praw lekarza. Trudno o bardziej jaskrawy przykład wykorzystania państwowego systemu zdrowia do politycznej rozgrywki. Katalog podobnych historii jest znacznie dłuższy: preferencyjne traktowanie prominentnych polityków, błyskawiczne konsultacje dla wybranych, omijanie kolejek, wykorzystywanie publicznych placówek do celów wizerunkowych czy decyzje kadrowe podejmowane według politycznego klucza. Wszystko to działo się przez lata i jakoś nie wywoływało moralnej histerii tych samych środowisk, które dziś odkrywają w sobie niezwykłą wrażliwość. To dlatego politycy PiS nie leczą się w swoim rejonie, ale tam, gdzie ich nominaci zachowali jeszcze stanowiska w powiatowych szpitalach. Nie oznacza to, oczywiście, że każdej sprawy dotyczącej funkcjonowania szpitala nie należy rzetelnie wyjaśnić. Wręcz przeciwnie – każda powinna zostać zbadana, niezależnie od tego, kto sprawuje władzę. Problem polega jednak na czymś innym. Wiarygodność oskarżyciela ma znaczenie. Jeśli ktoś przez osiem lat przymykał oczy na nadużycia własnego obozu, a dziś z pozycji moralnego autorytetu wygłasza płomienne kazania, trudno nie dostrzec hipokryzji. Polityczna amnezja jest wygodna, ale nie powinna zastępować faktów. Zanim więc po raz kolejny usłyszymy o „największej aferze w historii”, warto przypomnieć sobie, kto naprawdę pisał poprzednie rozdziały tej historii. Bo w polskiej polityce najgłośniej o standardach mówią często ci, którzy mieli najwięcej okazji, by je łamać.
Zakończę znów cytatem z Kaczyńskiego, który, komentując aferę sprzedawania przez podległych mu funkcjonariuszy tysięcy wiz na targowiskach gdzieś w Afryce, powiedział: „To nie żadna afera. To nawet nie jest aferka”.
Może właśnie na odwracaniu kota (!) ogonem polega geniusz prezesa? ELA
Szpital to świetne miejsce do zarządzania, gdyby nie ci pacjenci
Załadować taczki…
W czasach minionych krążył dowcip o robotniku, który biegał na budowie w tę i z powrotem z pustymi taczkami, bo nie miał czasu ich załadować.
Dowcip jest wciąż aktualny, tyle że teraz jak ulał pasuje do pracy lekarzy. Są tak obciążeni pracą, że nie mają już czasu na leczenie pacjenta. Etat lub kontrakt w szpitalu, dyżur popołudniowo-nocny lub całodobowy, poradnia specjalistyczna. No i oczywiście praktyka prywatna – przynajmniej raz w tygodniu, w swoim gabinecie lub w namnożonych ostatnio bez liku „centrach medycznych”, najczęściej w kilku sąsiednich małych miasteczkach. Do tego jeszcze kilka umów kontraktowych w pobliskich szpitalach, poradniach, przychodniach, SOR-ach. Kilku tak się zaharowało, że zmarło na stanowisku.
Męczennicy!
Lekarz tak się „poświęca”, jest taki przemęczony, czego tu od niego jeszcze wymagać? Żeby sensownie leczył pacjenta? W latach 70. XX wieku w moim rodzinnym mieście też była afera, gdy okazało się, że lekarze pracują po 25 i więcej godzin na dobę, bo do socjalistycznego etatu dochodziło im jeszcze kilka połówek lub ćwiartek etatów w szkołach lub zakładach pracy. Jak widać, ustrój się zmienił, ale mentalność pozostała.
Jeden z często zmieniających się w latach 90. XX wieku i początku lat dwutysięcznych dyrektorów szpitala w moim mieście pewnego razu stwierdził: „Szpital to świetne miejsce do zarządzania, gdyby nie ci pacjenci”.
I to jest cała prawda o leczeniu.
System opieki medycznej nie był i nie jest miejscem leczenia pacjenta, tylko miejscem zarabiania i dorabiania się lekarza. Jak słyszę o tym, jak to lekarz „musi się sześć lat uczyć”, potem „musi robić specjalizację”, jak „poświęca czas swój i rodzinę”, więc „musi godnie zarabiać”, to mnie trafia szlag. Nic, chłopie, nie musisz. Bóg nie powołał cię na Zbawiciela Chorych. Nie poświęcaj się tak! Świat sobie bez ciebie poradzi! Pacjent też – przynajmniej go nie zestresujesz! Jest całe mnóstwo innych zawodów, spróbuj w nich bez „poświęcania się”, bez studiów, specjalizacji, dokształcania i ciężkiej pracy zarobić takie pieniądze.
Życzę powodzenia! Może ci się uda!
A jak nie – zawsze możesz biegać z taczkami po budowie. Robota lekka, szczególnie gdy bez załadunku… OBYWATELKA i PACJENTKA
Rada dla premiera Tuska
Przedbiegi wyborcze
Już zaczynają się przedbiegi wyborcze i obietnice oraz wzajemne przerzucanie się oszczerstwami. Liczyłem, że obecny rząd zrobi coś z lekarzami pracującymi w szpitalach i tam robiącymi prywatę na szpitalnej (państwowej) aparaturze. W Niemczech lekarz pracujący w szpitalu po zakończonej pracy ma odpoczywać (tak muszą kierowcy zawodowi) i się dokształcać. Lekarz, aby dorabiać prywatnie, musi mieć zgodę swojego szpitala – której generalnie nie dostaje. Prywaciarz we własnym gabinecie niech ustala własne zasady, jeśli będzie miał pacjentów. Myślałem, że władze zadziałają w sprawie likwidacji Funduszu Kościelnego i w sprawie likwidacji emerytur KRUS dla milionerów rolnictwa (bo jak nazwać rolnika mającego gospodarstwo powyżej 100 hektarów?). Obiecywano likwidację Senatu, a powstały całe ministerstwa przy prezydencie; obiecywano także puszczanie w skarpetkach złodziei i krętaczy.
– Jeśli Pan Premier nie zrealizuje szybko obietnic, to ma pewną przegraną. Nie można ciągle straszyć PiS-em, nie podejmując spektakularnych decyzji. CZYTELNIK