Skandale świetnie promują nazwiska
Kacprzyk! I wszystko jasne
Są w Polsce nazwiska, jak chociażby Kowalski czy Malinowski, popularne do tego stopnia, że nawet mówi się o przeciętnym Polaku jako o Kowalskim. Swoją drogą, nazwisko Kowalski – z racji pewnego ponadnormatywnie aktywnego posła – jest ostatnimi czasy często przedmiotem powszechnego zażenowania, więc ludzie wolą być przedstawiani nie po nazwisku, a jeśli już, to z imieniem innym niż Janusz. Są nazwiska, które pojawiają się niespodziewanie i stają się popularne z czasem, jak chociażby Świątek czy Chwalińska.
Są też jednak takie nazwiska, które, choć rzadko występujące w różnego rodzaju spisach, stają się niespodziewanie niezwykle popularne i znane wszystkim. Taką karierę zrobiło ostatnio nazwisko Kacprzyk. Z nazwiska, które noszą w Polsce – jeśli wierzyć podpowiedziom stosownych algorytmów maszynowych – zaledwie 3144 osoby, przebiło się w popularności przywoływania częściej aniżeli Kowalski (129 508) i Malinowski (43 557) razem wzięci. Ba, przebiło – jestem o tym przekonany – nawet nazwisko Tusk, co jest o tyle zrozumiałe, że to ostatnie nosi tylko 771 osób w kraju. Ale za to jakich! – ktoś powie.
Różnica między wyjściem na czoło popularności wśród nazwisk pomiędzy Chwalińską a Kacprzyk jest taka, że ta pierwsza najpierw stała się sławna, a potem zarobiła duże pieniądze, a ten drugi odwrotnie – stał się sławny dlatego, że zgarnął dużą kasę. Zgarnął, bo kiedy nazwisko wypłynęło na tak szerokie wody, kasę częściowo zwrócił. Prawdziwy gentleman przecież mógł pomylić się w kilkudziesięciu fakturach na pół bańki. Niech pierwszy rzuci kamieniem…
Oprychy z poprzedniej koalicji rządowej mogą mu tylko pozazdrościć. Ileż ich kosztowało wypromowanie swoich nazwisk, takich chociażby, jak: Szumowski, Cieszyński, Kuczmierowski etc.? Grube miliony. A ile się musieli przy tym nachodzić! Nawet na nartach musieli pojeździć po czerwonych trasach! A ten Kacprzyk, proszę: pyk, półtora miliona w rok, po cichutku i już wszyscy gościa kojarzą. Nie potrzebuje nawet imienia.
Człowiek wypromował nazwisko Kacprzyk do tego stopnia, że jest ono dziś, jako znak firmowy, warte więcej chyba nawet niż pieniądze, które wyłudził. Jestem przekonany, że teraz do kogoś wpychającego się przed nami do kolejki, zamiast mówić: „Nie bądź pan taki cwaniak”, będziemy wołać: „Panie ładny, nie bądź pan taki Kacprzyk!”. Zgodnie z zasadą: dobrze czy źle mówią, byle po nazwisku. ARTUR BUKAJ
Bojówkarze i religijne symbole
Krzyż
Ileż to razy oglądaliśmy w przekazach TV od czasów naszej transformacji ustrojowej po 1990 r. (a nawet i wcześniej) krzyż niesiony na manifestacjach politycznych. Bywał on różnej wielkości. W większości bez wizerunku ukrzyżowanego, ale obwieszony flagą, wstążkami, a nawet różańcem niesionym głównie przez osoby starsze. O ile w tamtych latach towarzyszył manifestacjom wolnościowym, to dzisiaj stał się symbolem wykorzystywanym przez nacjonalistów i ksenofobów, uzurpujących sobie wyłączne prawo do jego obrony. Ale przed kim? A może to ordynarna hipokryzja?
Krzyż stał się dzisiaj symbolem, który jakoby połączył dwa wydarzenia. Jedno w Berlinie z udziałem pierwszego bojówkarza PiS R. Bąkiewicza i drugie, z dawnymi, bo w 1998 r. wydarzeniami na terenie obozu Auschwitz-Birkenau. Też nacjonalistycznymi, związanymi z krzyżami, których setki stawiano na żwirowisku. Ówczesna prawica podniosła larum w obronie karmelitanek, które miały opuścić teren obozu na mocy porozumienia między przedstawicielami Kościoła a środowiskiem wielu organizacji żydowskich. Musiał aż wkroczyć papież Wojtyła i kazać wykonać porozumienie. Inicjator tej „repolonizacyjnej” akcji Kazimierz Świtoń został przez policję usunięty, krzyże zabrano do Klasztoru Franciszkanów, a karmelitanki poszły w inne miejsce. Postawiono jeden krzyż upamiętniający wizytę naszego papieża w obozie, szanując jednocześnie pamięć polskich ofiar więźniów Auschwitz i wrażliwość wyznawców judaizmu, dla których krzyże w miejscu zagłady miliona Żydów były nie do przyjęcia.
A w Berlinie? Będący „na etacie” PiS w roli bojówkarza R. Bąkiewicz wybrał się z grupą nacjonalistów z krzyżem pod „głaz pamięci”, będący elementem pomnika budowanego przez Niemców ku czci ofiar niemieckiej agresji i okupacji w latach 1939 – 1945. I to kiedy! Wtedy, gdy szefowie MON Polski i Niemiec podpisywali umowę – porozumienie w zakresie bezpieczeństwa. Na wyższej rangi dokument (np. traktat), jak z Francją i Wielką Brytanią, szans nie było z jednego powodu. Niemcy też wiedzą, i to od dawna, skąd wywodzi się i jakie ma nastawienie do nich (nazwany już po wizycie urodzinowej w USA) „zondarezydent” Nawrocki. Kiedy policja niemiecka poprosiła, aby przenieśli się w inne miejsce, nie posłuchali. A gdy policjanci zainterweniowali, to było jak z J. Rokitą w samolocie, kiedy się awanturował, bo ktoś mu usiadł na jego kapeluszu: „Niemcy biją!”.
Do Bąkiewicza dołącza od dawna G. Braun, zarówno na terenie obozu Auschwitz, jak i ostatnio na Dworcu Centralnym w Warszawie, wysyłając udających jakąś służbę mundurową swoich bojówkarzy na „patrole” do „sprawdzania” każdego, kto ma inny kolor skóry. Bojówki Bąkiewicza w Berlinie i Brauna gdziekolwiek w Polsce nie mogą być tolerowane w państwie prawa. Ani w Niemczech, ani w Polsce. Smutne jest to, że nasze państwo reaguje płochliwie, albo wcale. Ale te bojówki nacjonalistyczne takimi rozróbami de facto pomagają Rosji w tej brudnej, już niemal pięcioletniej wojnie przeciwko Ukrainie.
Trafnie podsumowano te wydarzenia w jednym z tygodników: „Państwo, które nie ma siły i woli politycznej, by stawić opór bojówkom i wszelkim samozwańczym „stróżom porządku”, atakującym konstytucyjny fundament jego funkcjonowania, nic nie zyska na bierności, a może stracić wszystko. A przecież wystarczy, by państwo stosowało demokratycznie stanowione prawo”. A ja dodam: prawo do leczenia na czas, bo przez wielu niedouczonych lekarzy, z ich niebotycznymi zarobkami, ludzie mogą dopuścić w przyszłym roku nacjonalistów do władzy. Oby tak nigdy się nie stało, że nasi rodzimi faszyzujący nacjonaliści dojdą kiedykolwiek do władzy. JAN KRÓL
Różne spojrzenia na wspólną historię
„Wybaczcie, jako i my wam wybaczamy”
Polską historię od stuleci współtworzyły dwa mocarstwa – Niemcy i Rosja. To one najeżdżały nasz kraj lub podporządkowywały go swoim wpływom. Polacy wartość niepodległości mierzą nie liczbą zabitych najeźdźców, lecz liczbą własnych obywateli zamordowanych przez okupantów. Dlatego wielu uznaje Niemcy za większego wroga niż Rosję, bo zabili najwięcej Polaków.
Historię Ukrainy podobnie kształtowały głównie dwa sąsiednie państwa – Polska i Rosja. Przez wieki dzieliły między siebie ziemie ukraińskie lub podporządkowywały je swoim wpływom. Jeśli Ukraińcy stosują podobną logikę oceny swojej historii, to Rosję uznają za większego oprawcę niż Polskę, ponieważ Rosjanie wymordowali, zagłodzili i prześladowali miliony Ukraińców.
My gloryfikujemy niemal każdą postać walki o niepodległość Polski, ale odmawiamy Ukraińcom prawa do podobnego spojrzenia na własną historię. Odmienna przeszłość powoduje, że oba narody inaczej oceniają bohaterów swojej historii. Prawie do końca XVII wieku i w okresie międzywojennym Polska była jednym z głównych państw kształtujących porządek Europy Środkowo-Wschodniej. W wyniku obalenia dominacji komunistycznej Moskwy i wejścia do Unii Europejskiej, Polska się odrodziła i stała się na tyle silna gospodarczo, że pojawiły się ambicje ponownego odgrywania istotnej roli w geo polityce regionu.
Tymczasem Ukraina po raz pierwszy od wielu pokoleń otrzymała realną szansę, by powtórzyć drogę sukcesu Polski i stać się trwałym, samodzielnym państwem. Powinniśmy to zrozumieć i, tak jak Niemcy zaakceptowały powojenny przebieg granic i suwerenność Polski, tak i my powinniśmy dać taką szansę Ukrainie stać się samodzielnym państwem.
Gdy Ukraina stanie się wolna i niezależna, wówczas będzie w stanie powiedzieć Polsce: „Wybaczcie, jako i my wam wybaczamy”. Pozdrawiam RYSZARD PEK
Niekończący się spór o SAFE
Golono, strzyżono
Niewiarygodne, jak pewne skojarzenia same się na myśl nasuwają, gdy się obserwuje (i odsłuchuje) naszą scenę polityczną. Szczególnie dyskusje dotyczące SAFE i okoliczności zawierania umów z zakładami produkującymi uzbrojenie dla naszych wojsk. Minister obrony, premier i inni przedstawiciele rządu i koalicji oraz generalicja, starają się pokazać konieczność dozbrojenia armii i konieczność korzystania z unijnej pomocy finansowej w tym zakresie prezentując, w miarę zrozumiale, drogi do tego wiodące. O tyle opozycja, do której ochoczo się dołączył zwierzchnik Sił Zbrojnych RP, zawzięcie krytykuje i blokuje, w każdy dostępny sposób i pomysł i jego realizację. Największą aktywnością (na szczęście tylko słowną) wyróżnia się Błaszczak – niedawny paroletni minister obrony narodowej. Onże minister ma najwięcej do powiedzenia w sprawie SAFE. Nie odpowiada mu sam pomysł pożyczki, warunki korzystania z niej i jej spłaty. Odpytywany o zawieraną przez niego, niezbyt dawno, umowę z Koreą Południową o dostarczenie nam uzbrojenia tam produkowanego, mocno się zakałapućkał. Otóż nie wiedział, jaki kredyt, w jakiej walucie, w jakim banku ani na jaki procent zaciągał. No, niby facet niestary jeszcze, a zachował się niczym Trump, który nie pamięta przy deserze, o czym mówił, jedząc zupę.
Te obserwacje są doskonałą ilustracją do tezy: chłop swoje, baba swoje. Żeby nie być gołosłowną, powołam się na naszego wieszcza Adama, który oprócz form wielkich, parał się też drobnicą. Napisał ci On wierszyk „Golono, strzyżono” o chłopie spod Zgierza, któremu zginęła suka. Wróciła po tygodniu, trudna do rozpoznania, była bowiem wpół ogolona. Żona zaś stwierdziła, że suka jest ostrzyżona. Po dłuższych słownych utarczkach chłop nie zdzierżył i żonę podtopił w sadzawce. Aleć ona nawet zanurzona w wodzie, nie mogąc się dalej z nim kłócić, wysunęła z wody dwa palce i nimi strzygła. Tu jednak nie chodzi o sukę czy inne sprawy błahe, ale o nasze bezpieczeństwo i być może o byt państwa, więc granie na niskich instynktach, udowadnianie, kto ważniejszy lub kto bardziej zasługuje na miano patrioty jest zupełnie nie na miejscu. „Panowie, przestańcie, bo się źle bawicie”! BABCIA HELENKA
Rozliczajmy władzę za nadzór
Współwinni
Na początek podstawa prawna moich dalszych rozważań w tym liście.
Członkowie organów nadzorczych (np. rady nadzorczej) ponoszą osobistą odpowiedzialność karną za rażące zaniedbania w nadzorze, które prowadzą do przestępstw gospodarczych. Choć nie zarządzają podmiotem nadzorowanym, odpowiadają za dopuszczenie do nadużyć. Zgodnie z Kodeksem karnym, członkowie organów nadzorczych mogą odpowiadać za przestępstwo nadużycia zaufania (art. 296 KK). Dzieje się tak, gdy członek takiego organu przez rażące niedopełnienie obowiązków nadzorczych doprowadza do wyrządzenia spółce znacznej szkody majątkowej.
Nie będę w tym liście zajmował się niuansami karnymi opisywanych zjawisk, bo mamy od tego zawodowych prawników. Każdy, kto kiedyś pracował w przedsiębiorstwie lub innej organizacji wie, że istnieje podział kompetencji kadry kierowniczej i pracowników oraz związanej z tym odpowiedzialności. Od dawna wiadomo, że natura ludzka bywa ułomna i trafiają się w strukturach zarządzania ludzie chciwi, bezmyślni, łatwowierni lub powiązani z establishmentem czy politykami, działający świadomie lub bezmyślnie na szkodę zarządzanej organizacji. Dlatego nad spółkami prawa handlowego czy innymi strukturami organizacyjnymi postawiono organy nadzorcze, aby w imieniu właścicieli czy struktur samorządowych/państwowych (np. szpitale) pilnowali gospodarności i przestrzegania prawa. Ludzie w tych organach nadzoru dostają za wypełnianie swoich obowiązków nawet niezłe wynagrodzenie. Jednocześnie teoretycznie odpowiadają karnie za niedopełnienie skutecznego nadzoru nad dyrekcjami czy zarządcami organizacji, jak opisałem powyżej.
Mamy tysiące różnego rodzaju spółek samorządowych/ państwowych oraz organizacji publicznych (np. szpitale i placówki służby zdrowia), w których powołuje się organy nadzorujące. W praktyce polskiej rady nadzorcze i inne organy nadzoru stały się beneficjentem rządzących do lokowania w nich działaczy partyjnych, kolegów, członków rodzin czy znajomych królika. Niekoniecznie znają się oni na swoich obowiązkach, nie przykładają się do pracy, ale zawsze starannie dopominają się o wypłatę wynagrodzenia za tzw. zasiadanie.
Podczas wieloletniej pracy zawodowej nie spotkałem się ani razu z pociągnięciem organu zarządzającego do odpowiedzialności karnej za brak nadzoru upadających, zadłużających się bezkrytycznie lub wręcz okradanych przez zarządy lub dyrekcje przedsiębiorstw i organizacji pożytku publicznego. A szkoda…
I nagle mamy aferę w Warszawskim Szpitalu Południowym. Dziennikarze (a nie organy nadzoru) wykryli, że jeden z początkujących lekarzy zarobił przez rok na iluś tam etatach coś ponad półtora miliona złotych. Wybuchła wrzawa polityczna, zaczęło się biczowanie prezydenta Warszawy. Ale po kilku dniach w internecie pojawił się wysyp podobnych kominów płacowych lekarzy w placówkach medycznych. I to również w szpitalach powiatowych nadzorowanych przez starostów (często starostami są nominaci z PiS) oraz w szpitalach państwowych. To negatywne zjawisko okazało się być rozlane po całym kraju, przy milczeniu dziesiątek czy setek organów nadzorczych tych jednostek.
Z internetu dowiedziałem się, że w radzie nadzorczej Warszawskiego Szpitala Południowego byli między innymi wiceprezydent miasta Warszawy oraz burmistrz dzielnicy Bemowo. To za co oni brali pieniądze, nie interesując się nagłośnioną przez prasę patologią? Jeśli chodzi o podział kompetencji, to atakowany przez posłów opozycji prezydent Warszawy nie nadzoruje bezpośrednio bieżącej działalności Szpitala Południowego. Gdyby atakujący go byli naprawdę uczciwi, powinni kierować się logiką hierarchii służbowej: najpierw odpowiedzialność powinien ponosić zarząd szpitala, następnie rada nadzorcza. Bzdurą jest robienie nagonki za ten incydent od razu na prezydenta Miasta.
Ale na zarządzaniu trzeba się trochę znać, bo to nie jest polityka, w której byle jaka bzdura daje szansę przypodobania się części nic nierozumiejącego elektoratu. Skrajnym przypadkiem bezsensu zabierania krytycznego głosu na ten temat jest poseł Adrian Zandberg, który „załapał się” do Sejmu tylko dlatego, że startował z listy Nowej Lewicy, by w pewnym momencie wystąpić z Koalicji. Teraz próbuje on zdobyć popularność na krytyce obecnego rządu.
W całej Polsce powinno się zażądać przeprowadzenia audytu we wszystkich organach nadzorczych szpitalnictwa publicznego i publicznej służby zdrowia, co do ich kompetencji i jakości nadzoru. Od tego trzeba zacząć reformę służby zdrowia. Nie zaszkodzi zrobić tego w innych spółkach Skarbu Państwa i samorządowych. Tylko kto ma to zrobić? Przecież partie tak koalicyjne, jak i opozycyjne będą przeciwne takiej zmianie, gdyż chodzi tutaj o niezły chlebuś dla swoich.
Kiedyś, naiwny, wysłałem do wszystkich parlamentarzystów i senatorów SMS-y z informacją o wydrukowaniu w ANGORZE mojego tekstu bardzo istotnego dla polityki w kraju. Wysłałem osobiście 265 SMS-ów na adresy poczty elektronicznej biur poselskich i senatorskich. Otrzymałem dwie odpowiedzi typu: dziękujemy za informację i jedną, że to interesujące. Bez komentarza. Niedawno jeden z kolegów zadał mi pytanie: po co ty te ewidentnie słuszne teksty piszesz? Przecież niczego tym nie zmienisz. Odpowiedziałem, że piszę, aby moje wnuki kiedyś nie zadały mi pytania: dziadku, a dlaczego nikt nie przeciwstawiał się temu draństwu? Odpowiem, że ja przynajmniej próbowałem. ANDRZEJ KROWIAK
Świadczenia dla 100-latków z podatkami
Żarłoczny fiskus
Bez skomlenia, bez mocnych, buntowniczych słów i oznak frustracji stawiam na ławę nie kawę, lecz nienazwany jeszcze gorzki napój. Oto oczekiwany przez sędziwych seniorów dar państwa zbezcześcił fiskus. Dar ten, to świadczenie honorowe z tytułu ukończenia stu lat życia. Ma on charakter szczególny ze względu na ideę swego działania i jest pięknym gestem polskiego prawa. Jego geneza (1972 r.) oraz obecna regulacja ustawowa potwierdzają, że świadczenie to jest wyjątkowe, niestanowiące emerytury, renty ani żadnego innego świadczenia wynikającego z tytułu ubezpieczenia społecznego.
ZUS, organ emerytalno-rentowy, potraktował to dobrodziejstwo ustawy zgoła bezdusznie, obarczając go podatkiem dochodowym i składką zdrowotną, uznając tym samym stuletniego, w większości niepełnosprawnego obywatela, inwalidę wojennego, kombatanta jako źródło dochodu, a nie podmiot prawa. Pobór podatku od świadczenia honorowego jest więc nadinterpretacją prawa, polegającą na rozszerzonym stosowaniu obowiązujących w tym zakresie przepisów. Takie działanie organu jest sprzeczne z art. 7 i 19 Konstytucji RP, również z zasadą: in dubio pro tributario – wszelkie wątpliwości należy rozstrzygać na korzyść podatnika. Ustawa z dnia 26 maja 2023 r. o świadczeniu honorowym nie wprowadza obowiązku podatkowego, co potwierdza, że świadczenie zachowuje swój szczególny, honorowy charakter, gdyż brak jest przepisu nakazującego opodatkowanie. Organ podatkowy może pobierać podatek wyłącznie wtedy, gdy istnieje wyraźna podstawa ustawowa. W tej sprawie podstawa taka nie istnieje, nie ma tu żadnej wątpliwości. Wszelkie zatem decyzje organu emerytalno-rentowego ZUS dotyczące pobierania podatku dochodowego i składki zdrowotnej oparte są na błędnej wykładni przepisów i wydane z naruszeniem prawa. A więc:
1. Naruszeniem art. 21 ust. 1 pkt 38 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych przez błędną wykładnię i pominięcie, że świadczenie honorowe o charakterze szczególnym winno być zwolnione z opodatkowania.
2. Naruszeniem art. 7 Konstytucji RP (zasada legalizmu) poprzez pobieranie podatku dochodowego bez podstawy ustawowej.
3. Naruszeniem art. 8 KPA (zasada zaufania do Państwa).
4. Naruszeniem zakazu stosowania wykładni rozszerzającej przepisy podatkowe na niekorzyść obywatela.
5. Naruszeniem zasady in dubio tributario (wątpliwości należy rozstrzygać na korzyść podatnika).
Tyle prawo, awers sprawy. Druga strona to rewers. Jej dźwięk jest donośny, dla niektórych nawet boles ny. Pobieranie podatku od świadczenia honorowego sprzeczne z elementarnym poczuciem sprawiedliwości, trudno uznać za postępowanie zgodne z zasadami etyki społecznej. Jest moralnie nieakceptowalne, podważa zaufanie obywatela do państwa. Jest przejawem fiskalnej bezwzględności także wobec osób darzonych powszechnym szacunkiem, bojowników o niepodległość ojczystego kraju. Spłaszczona zostaje wdzięczność państwa za długie życie z Polską w sercu. Takie działanie trudno nazwać inaczej niż moralnie nagannym. Niweczy całą wzniosłość ustawy i jej humanizm. Idea szczytnej opieki skażona została nakazem. To się dzieje w państwie będącym dwudziestą gospodarką świata, posiadającym członkostwo Unii Europejskiej przestrzegającej zasady ładu demokratycznego i prawa. ADOLF BRZYSKI, STULATEK
PS ZUS posługuje się już nowym terminem: tzw. emerytura honorowa, prawdopodobnie dlatego, by w ten sposób usankcjonować pobieranie podatku, bowiem świadczenie emerytalne z mocy prawa podlega opodatkowaniu. Nie budzi dobrych nadziei dzisiejsze łakomstwo fiskusa.