Paul Gauguin, polinezyjskie marzenie – czytam informację w sali poświęconej malarzowi. I dalej: Krytycznie nastawiony do zachodniego świata wyruszył na poszukiwanie miejsca nietkniętego „postępem”. Próbował żyć na Tahiti jak Maorys. Stworzył tajemniczy, utracony raj zbudowany z wrażeń i symboli, tytułując obrazy w języku maoryskim…
Życie i sztuka Gauguina to wielki spektakl. Tak odległy od nadsekwańskiej codzienności jak Paryż od wysp południowych. Spektakl o dalekich podróżach, o tęsknocie za Niemożliwym. Szukał, uciekał, ścigał inne horyzonty… jedności życia i sztuki, wolności tworzenia, bez szkół, dogmatów, kierunków. Miał 43 lata, gdy wszystko porzucił, aby podążać śladem dyktatu i koloru swego dzieciństwa, szukać wyimaginowanego raju na Tahiti. Zostawił przyjaciół i żonę z pięciorgiem dzieci. Namiętność do sztuki wzięła górę nad rodzinnymi powinnościami. Paryskie dachy zamienił na dachy pokryte liśćmi bananowca, pod którymi żył z kolejno poślubianymi 14-letnimi Tahitankami o imionach: Tehamana, Pahuura, Marie-Rose Vaeoho. Żony, muzy, modelki. Małżeństwa zazwyczaj aranżowały ich rodziny, a dziewczęta chętnie się godziły, bo nie były to związki wiążące; zamężne w ten sposób córki mogły w dowolnym momencie wrócić do rodzinnego domu.
Subskrybuj