R E K L A M A
R E K L A M A

Listy do redakcji Angory (03.05.2026)

Listy nadesłane przez czytelników tygodnika Angora. Za wszystkie wiadomości dziękujemy i zachęcamy do dalszego kontaktu.

Fot. Domena publiczna

Ja też w sprawie SAFE! 

W świąteczno-wielkanocnym 14. numerze ANGORY w listach pod różnymi tytułami dominował temat SAFE. Z wypowiedzi czytelników i dziennikarzy wynikało, że zawetowana przez prezydenta pożyczka podzieliła do reszty i tak skłócone społeczeństwo polskie. 

Na łamach ANGORY, niestety, można znaleźć tylko opinie negujące decyzję prezydenta i głoszące, że w oczach obecnej władzy, eurodeputowanych z ludowców, a także zwolenników liberalnego kursu UE prezydent Nawrocki został okrzyknięty zdrajcą (w stanie wojny – śmierć przez rozstrzelanie, w czasie pokoju – Trybunał Stanu, zesłanie lub wygnanie). Ale do rzeczy. Tak po chłopsku albo po robotniczemu. Pożyczka SAFE to około 44 mld euro, co daje blisko 200 mld złotych na okres 45 lat, z 10-letnim okresem karencji, ze zmiennym oprocentowaniem 3 procent. I co to mówi przeciętnemu Kowalskiemu czy Koniecznemu? Nic, kompletnie nic, poza tym że w 2070 roku dzisiejsi 40-latkowie będą się szykować do przejścia na tamten świat, a nowo narodzeni, zanim ją spłacą, stracą wszystkie włosy na głowie lub kompletnie osiwieją. I to jest pewnik. 

A ja, Konieczny, pytam decydentów, czy wszystko o tej pożyczce powiedziano, czy jest coś (może COŚ), o czym naród nie może wiedzieć? A przypominam, że władza pełni służebną rolę wobec narodu, a nie odwrotnie. Począwszy od premiera, a skończywszy na posłach Koalicji, wszyscy mają wodę w ustach, a Szłapka – rzecznik rządu – wyjaśnia kwestię pożyczki tak, jakby to Polska miała pożyczyć Unii Europejskiej (…). Społeczeństwo nie ma zielonego pojęcia, ile w tym roku z budżetu państwa przeznaczone jest na obronę narodową, jaki procent i jaka żywa gotówka? PiS kradł i nie zadłużał ponad to, na co mógł sobie pozwolić. Polska ma mieć najsilniejszą armię w Europie, zdolną do obrony nie tylko własnych granic – grzmi premier niczym minister Beck przed drugą wojną światową. Czym uwarunkowana jest ta pożyczka, dlaczego akurat z Unii Europejskiej i dlaczego nie można rozpatrzyć projektu prezydenta – czyżby to był bubel prawny, czy bubel pieniężny? Nie uwierzę, że własna pożyczka byłaby droższa od obcej. 

Gdyby wiedza społeczeństwa była pełna, wielu ludziom, w tym także panom: Kordianowi i Piotrowi (ANGORA nr 14), zeszłoby ciśnienie do normalności. A tak prezydent Nawrocki, żartobliwie zwany Batyrem, a także szkodnikiem, może mieć owych panów na sumieniu, gdyby nerwy im puściły. Pana Janusza, WAWĘ z Żoliborza i wszystkich innych pozdrawiam, a panu(i) K.J. polecam Positivum. I to byłoby na tyle. GRZEGORZ KONIECZNY, Radzewice

Polityczni chuligani

Kiedy usłyszałem groźbę pierwszego politycznego chuligana D. Trumpa o unicestwieniu cywilizacji, kolega powiedział, że chowa swój perski dywan (…). A że tamten prezydent w USA próbuje zachowywać się jak król, to i nasz myśli, że może go naśladować. Nie wiem, czy z Pudzianem tylko podnosili ciężary, no bo jeśli włożyli rękawice bokserskie i Pudzian wygrał, to prezydent ma u mnie usprawiedliwioną nieobecność w Sejmie 9 kwietnia. To brzydko z jego strony, że spośród sześciu sędziów wybranych przez Sejm do Trybunału Konstytucyjnego tylko dwoje zaprosił na ślubowanie. Cała szóstka sędziów, solidarnie tego dnia, w obecności marszałka Sejmu i notariusza oraz byłych sędziów TK, złożyła ślubowanie. Zjedli obiad, poszli do Biura Podawczego Kancelarii Prezydenta, bo to niedaleko, i pojechali do budynku TK. Mimo zaproszenia przez sędziów (p)rezydenta do Sejmu on nie przybył, zatem nie zachował się jak strażnik konstytucji, ale jak selekcjoner na bramce w klubie nocnym. Kto ma na nogach trampki, ten nie wchodzi. Mało tego. Komisarz (p)rezydenta Bogucki wynalazł coś nieistniejącego w prawie, mówiąc, że: „Złożenie ślubowania przez sędziego TK jest zrzeczeniem się przez niego funkcji sędziego TK”. Nie ma w naszych słownikach określenia dla stanu umysłu tego człowieka. 

A po co ten cyrk? Po to, aby ochronić Święczkowskiego, prezesa TK, przed zabraniem mu immunitetu (…)! Władza Nawrockiemu się spodobała i będzie ją psuł na tyle, na ile będzie mógł, bo szalenie mu się tego chce – choć zapomniał, że on sam podlega takiemu samemu ciśnieniu jak wszyscy politycy. Przekonał się na stadionie, gdy przeczytał baner: „Prezydencie, zapomniałeś, dzięki czyim głosom wygrałeś. Jak Judasz ideały dla prezesa sprzedałeś”. Jego kumple kibole mieli pretensje, bo narobił im kłopotów wetem do noweli Kodeksu postępowania karnego. I nie jest obraźliwe nazwanie Nawrockiego kibolem, bo sam przecież mówił, że się z tego środowiska wywodzi. Weta chciał Kaczyński, by utrzymać areszty wydobywcze (…). 

Jednak u nas, jak na razie, pierwszym chuliganem politycznym jest Jarosław Kaczyński, a przyszłoroczne wybory będą jego ostatnim bojem. Nawrocki przy nim dopiero się uczy, i uczy się szybciej niż Duda. Ciemna strona mocy jest kusząca, tym bardziej że prezydent, jako instytucja, u nas za nic nie odpowiada. Łamiąc konstytucję, czuje się bezkarny i z tego czerpie moc. To jest przerażające, gdy na jaw wychodzi mentalność człowieka, który jak czegoś chce, to walczy o to siłą, wali słabszego, nie ogląda się na koszty i nie bierze jeńców. A kto jest tym słabszym? Oczywiście Kaczyński, bo jest już stary, a po nim ktoś musi nastać. Na pewno nie Nawrocki. On idzie po drugą kadencję, a pomoże mu w tym Morawiecki, którego zaprosi do pałacu i każe mu tworzyć rząd po przyszłorocznych wyborach. Duda mówił, że się uczy, ale się nie nauczył. Nawrocki nie mówi, że się uczy, a już się nauczył. 

A co z Czarnkiem? Czarnek jest dla Kaczyńskiego pancernym zającem z klapkami na oczach, którego Kaczyński odsunie wtedy, kiedy się zorientuje, że to on będzie dobierać koalicjantów, a oni jego. To Nawrocki, a nie Kaczyński, zgodnie z prawem powie, komu powierza tworzenie rządu. I będzie to Morawiecki, który pozbiera tzw. środkowych PiS-owców, niedobitki Hołowni i Kosiniaka-Kamysza oraz część konfederatów i stworzy rząd. Już robi umizgi w tym kierunku. On jest impregnowany, bo inny już dawno by się załamał. Był doradcą Tuska, wicepremierem i premierem u Kaczyńskiego, nawet premierem dwutygodniowym. Zachowuje się tak, jakby wszystko spływało po nim jak po kaczce – bez aluzji do prezesa. To człowiek bez poglądów, bez właściwości. Idealny na te czasy. Mamy czasy politycznych chuliganów na całym świecie. Trump to chuligan wielki i groźny. Im głośniejszy, bardziej dosadny i chamski, tym wspanialej się czuje. I wygrywa, bo ludzie szukają mocnych ludzi. Można mieć tylko nadzieję, że do czasu. JAN KRÓL

Wojna o pomnik

Rada Wiednia ZNOWU ma problem z pomnikiem króla Jana III Sobieskiego. Najpierw przez osiem lat nie zgadzała się na jego utworzenie, a teraz nie zgadza się, by stanął na Kahlenbergu, skąd runęła polska husaria na oblegających Wiedeń Turków. Szarża 12 tysięcy Polaków rozbiła tureckie szyki, wzbudzając panikę wśród Turków próbujących w panicznej ucieczce uniknąć pogromu. No i jakie mamy podziękowanie?

„Pomnik na Kahlenbergu byłby obrazą dla islamistów i wzbudzałby antyislamskie nastroje” – orzekła „wdzięczna” za ocalenie Wiednia i Austrii wiedeńska radna. A mogło być tak pięknie. Patrycjat miast Prus poprosił króla Jana III Sobieskiego o przyłączenie Prus do Rzeczypospolitej. Oficjalnie król tego nie chciał poprzeć, ale wydał zgodę na wyzwalanie Prus przez pospolite ruszenie. Wojska stały w Gniewie. Następnego ranka miały przepływać na drugą stronę Wisły… Ale na spienionym koniu, późnym wieczorem, przybył z Warszawy poseł od króla z wiadomością, że akcja jest odwołana, bo papież polecił, aby Polacy przybyli pod Wiedeń do obrony miasta przed Turkami. Paru normalnie myślących szlachciców proponowało, żeby posła związać i rozwiązać dopiero wtedy, gdy wojsko będzie już na terenie Prus. Niestety, zostali przegłosowani. Prusy zastały we władaniu Hohenzollernów, którzy po połączeniu się z Brandenburgią w roku 1772 stały się twórcami pierwszego rozbioru Polski. Przy okazji: Pomorze odzyskało niepodległość dopiero w roku 1920, wyzwolone przez wojska generała Józefa Hallera – czyli po 148 latach, a nie tak jak Warszawa – po 123. Wracając pod Wiedeń roku 1683 – to Polacy swe konie musieli żywić liśćmi z lasu, bo Austriacy nie dali im żadnej spyży. Późniejsze zwycięstwo pod Parkanami zaowocowało wyzwoleniem Węgrów od Turków (…).

Wyzwoleniem Wiednia Polacy NIC nie zyskali. Gdyby wyzwolono Prusy i przyłączono je do Polski, HISTORIA naszej Rzeczypospolitej i CAŁEJ Europy wyglądałaby zupełnie inaczej. Kiedy Polacy nauczą się wreszcie hasła: „Najpierw Polska”? Marzy mi się, żeby wezwano austriackiego ambasadora na odpowiedni dywanik w Warszawie, aby zmusić Austriaków do wydania zgody na postawienie wyzwolicielowi pomnika na Kahlenbergu bez oglądania się na to, co o tym myślą potomkowie najeźdźców i ich rzecznicy. MARIAN PEKA

Logika ubezpieczeń

Jak pokazuje życie, jeszcze pewnie długo będziemy zaskakiwani przez narcystycznych bezmózgowców, jak choćby tego, który zapowiadając zniszczenie całej cywilizacji (mówił o Iranie), domaga się przyznania Pokojowej Nagrody Nobla. Albo takiego, który chce wprowadzać jedynie słuszne rządy w Europie, i pisze, że spełni każde polecenie Putina. Przykre, że nasz prezydent popiera taką narrację… Świat zwariował, a przynajmniej taki, który ja i podobni mi „szaleńcy” lubimy, kochamy… A do tak poważnych światowych wydarzeń dochodzą te znane tylko nam, Polakom… 

Dużo mówi się ostatnio o problemach służby zdrowia, oczywiście problemach finansowych. Dodam od razu, że moje doświadczenia z kontaktów z przedstawicielami NFZ-etu wypadają wielce pozytywnie i bardzo jestem zadowolony z obsługi. Szacun i wielkie podziękowania dla lekarzy, pań pielęgniarek, pań salowych, rehabilitantów, obsługi kuchni, całego personelu. Tak, to nie żart, to szpital w Kamiennej Górze (DCRO). Ale do rzeczy. Moja wizja rozwiązania powyższych problemów będzie zapewne mało poprawna politycznie i trudno się temu dziwić, gdyż dotyczy zauważalnej części naszych obywateli. Nawet rozumiem, czemu Pan Donald Tusk i jego kompania nie są w stanie w tym układzie nic zrobić. A może najwyższa pora, może to ostatni dzwonek! 

Nie wiem, czy Państwo wiecie, że ubezpieczenie na KRUS (rolnicze) płaci się w składkach kwartalnych. Czyli 4 razy w roku. Taka składka w 2026 r. to 768 zł! Co daje w skali miesiąca kwotę 256 zł. Dla porównania, najniższa składka miesięczna w ZUS dla osób prowadzących działalność gospodarczą to 1926 zł. To nie pomyłka. Przecież to porównanie jest absurdalne. Tak jest od lat. Rolnicy mają takie same, dokładnie takie same świadczenia jak płacący ZUS. Nasuwa się proste pytanie, kto za nich płaci? Z czyjej kieszeni finansowane są takie usługi medyczne? Czy naprawdę wszyscy płacący składki wielokrotnie wyższe muszą czuć się jak frajerzy? Czy faktycznie powinno nas dziwić zamykanie oddziałów szpitalnych, ograniczanie świadczeń? Pewnie jeszcze jest tak, że takie praktyki mają miejsce w mniejszych miejscowościach, gdzie duży odsetek stanowią rodziny rolników; nie wiem, mogę się domyślać.

Ale jeszcze wisienka na torcie. W przepisach KRUS znajduje się zapis o tym, że najniższa emerytura rolnicza nie może być niższa niż najniższa emerytura w ZUS! Jeśli więc słyszycie, drodzy fryzjerzy, aptekarze, taksówkarze, mechanicy, dentyści, właściciele sklepów, straganów czy inni prowadzący działalność gospodarczą, nie bądźcie zdziwieni, kiedy Wasza emerytura po wielu latach pracy wyniesie ok. 2000 zł… Z czegoś trzeba zapłacić emerytury w KRUS… Z pozdrowieniami WOJTEK

Światełko w szczelinie?

Od dawna chciałem napisać coś pozytywnego o polskim Kościele. Nie o jego wielkim wkładzie w walkę z komunistycznym zakłamaniem, bo to już historia, ale o współczesnej roli w przywracaniu uczciwości, prawdy, poszanowania praw człowieka. Jednym słowem – o szerzeniu przez Kościół nauki Ewangelii. A tymczasem wciąż co jakiś czas mieliśmy pląsy oraz zloty kiboli i nazistów na Jasnej Górze, niezliczone kazania polityków spod znaku Czarnka sprzed ołtarzy, antychrześcijańskie Radio Maryja. Dalej to mamy, ale jednak powiał wiatr, a może jedynie wiaterek, zmian. Oto Watykan leciutko dmuchnął w kierunku Polski. I zrobił to „amerykański” papież, który ma odwagę stanąć w prawdzie nawet wobec swojego prezydenta. 

Symbolicznym momentem była zmiana w Krakowie. Odejście Marka Jędraszewskiego i powołanie Grzegorza Rysia to nie tylko roszada personalna, ale zmiana narracji. Ten pierwszy, kojarzony z betonem, potrafi jedynie grzmieć i pouczać. Z drugiej strony kardynał Ryś od lat znany z języka dialogu, otwartości wobec trudnych pytań, z prób rozmowy ze światem, który od Kościoła się oddala. Nie jest rewolucjonistą – i może właśnie dlatego jego obecność ma szansę coś zmienić, tak jak próbuje np. zmienić postrzeganie tragedii smoleńskiej. W instytucjach tej skali najpierw zmienia się język, potem dopiero rzeczywistość. Pojawiła się więc szczelina – niewielka, może łatwa do przeoczenia, ale właśnie przez takie szczeliny najczęściej zaczyna wpadać światło. Za tą szczeliną jest coś wyczekiwanego. 

Podobny sygnał płynie z Łodzi. Nominacja Konrada Krajewskiego, znanego dotąd światu z funkcji papieskiego jałmużnika, to wybór nie tyle administratora, ile człowieka czynu. Kardynał Krajewski przez lata przyzwyczaił nas do Kościoła, który nie mówi o ubogich, ale po prostu do nich idzie – często dosłownie, jak wtedy, gdy schodził do rzymskich kanałów czy organizował pomoc poza oficjalnymi strukturami. Jeś li taki styl duszpasterstwa zakorzeni się na poziomie diecezji bardzo trudnej z punktu widzenia Kościoła, może to oznaczać przesunięcie akcentów: od zarządzania przez dostojnika do jego obecności nie tylko wśród wiernych, ale także wśród wątpiących. Obu nominatom należy życzyć powodzenia w ich pracy, ale także tego, by ich postawa przyczyniła się do zmiany pozostałych hierarchów. Także proboszczów, którzy traktują swoich parafian jak poddanych, którym serwują nie Ewangelię, ale przefiltrowane wiadomości, które sami uważają za słuszne. Najlepszym przykładem takiej postawy jest niedawny list biskupów dotyczący relacji z judaizmem.

W kraju, gdzie historia relacji chrześcijańsko-żydowskich jest naznaczona dramatem, każde wyraźne przypomnienie o wspólnych korzeniach i potrzebie szacunku ma znaczenie nie tylko symboliczne. To próba powrotu do ducha Soboru Watykańskiego II i jego otwarcia na dialog międzyreligijny. A jednak niektórzy proboszczowie doszli do wniosku, że nie należy listu odczytywać wiernym. Nie uznali sprawy za istotną, czy nie chciało im to przejść przez gardło? Oto jest pytanie. Oczywiście, nie należy przeceniać tych zmian. Instytucja o takiej historii i strukturze nie zmienia się szybko ani liniowo. Krok naprzód bywa równoważony przez pół kroku wstecz. Może więc zamiast pytać, czy to już przełom, warto zadać inne pytanie: czy to początek procesu, który – jeśli zostanie podtrzymany – za kilka lat okaże się czymś więcej niż tylko serią pojedynczych gestów, tylko światełkiem w szczelinie betonu? NARCYZ WASZKIEWICZ

Rok świra

Minął już rok z okładem od zaprzysiężenia Donalda Trumpa, zwanego w skrócie „Pomarańczowym” lub „Marchewkowym”. Wiem, „Pomarańczowy”, bo Kalifornia, jednak – zapewniam – tylko picie marchwianki daje taki trwały efekt kolorystyczny. Gdyby mierzyć skuteczność polityka liczbą wypowiedzianych lub napisanych na socjałach słów, mielibyśmy do czynienia z epokowym mężem stanu. Gdyby jednak przyjrzeć się faktom, pozostaje raczej wrażenie, że oto historia kpi sama z siebie. Jest powiedzenie o historii, która – gdy się powtarza – jest farsą. W tym wypadku, druga kadencja „Marchewkowego” jest tragifarsą. Obiecywał kończyć wojny. I rzeczywiście – zakończył je w sposób najprostszy: przestał się nimi interesować. Konflikty, które „kończył”, miały tę ciekawą właściwość, że często trwały, tylko bez amerykańskiego udziału lub z nową dynamiką chaosu. Trudno odmówić tu pewnej konsekwencji: skoro problem znika z pola widzenia, można uznać go za rozwiązany.

Metoda godna pozazdroszczenia – szczególnie przez piromana, który gasi pożar, zamykając oczy. A jednocześnie świat zdążył się przekonać, że próżnia w polityce zagranicznej nie istnieje. Wycofywanie się z jednych regionów, prowokacyjne decyzje w innych, demonstracyjne ignorowanie sojuszników – wszystko to stworzyło atmosferę, w której napięcia zamiast maleć, zaczęły się namnażać jak bakterie w kiszonce. Oto nowa szkoła dyplomacji: zamiast budować mosty, najlepiej podpalić lub przynajmniej zaminować wszystkie i ogłosić sukces w dziedzinie swojej wielkości. Tu trudno nie docenić rozmachu. Niewielu przywódców potrafi w tak krótkim czasie pokłócić się jednocześnie z Europą, Azją i sporą częścią własnych partnerów handlowych.

Cła nakładane z rozmachem, ale bez analizy, decyzje podejmowane z dnia na dzień, komunikaty publikowane niczym impulsy emocjonalne: rano inny, wieczorem inny – wszystko to stworzyło obraz świata, w którym stabilność stała się towarem deficytowym, wręcz nieosiągalnym. Ludzie w Europie budzą się w nocy, by zobaczyć, czy świat jeszcze istnieje. Dawni sojusznicy zaczęli się zastanawiać, czy większym zagrożeniem jest przeciwnik, czy nieprzewidywalność przyjaciela. Aż chce się przypomnieć powiedzenie: Chroń mnie, Boże, od przyjaciół, z wrogami sam sobie poradzę. Na scenie krajowej nie brakowało pomysłów, które trudno sklasyfikować inaczej niż jako eksperymenty społeczne na żywym organizmie państwa. Od koncepcji gospodarczych przypominających hazard, po rozwiązania w ochronie zdrowia i edukacji, które zdawały się mieć jedną wspólną cechę: brak długofalowej refleksji. Państwo zaczęło przypominać korporację zarządzaną przez kogoś, kto wierzy, że intuicja jest lepsza niż dane, a spektakl ważniejszy niż efekt. Jeśli dane są złe, należy zwolnić tego, kto je publikuje (…). W tle przewijały się także sprawy, które brzmią jak gotowy scenariusz. Kontakty towarzyskie, znajomości z ludźmi o wątpliwej reputacji, pojawiające się w przestrzeni publicznej oskarżenia i spekulacje – wszystko to stworzyło atmosferę, w której urząd najwyższy w państwie coraz częściej stykał się z najniższymi instynktami. W wielu przypadkach były to kwestie nie do końca wyjaśnione, ale wystarczająco głośne, by podkopać zaufanie i nadać ton publicznej debacie.

Na szczęście – dla Ameryki, nie dla „Marchewkowego” – debata przenosi się na ulice kraju. I tak oto mamy bilans: wojny zakończone na papierze, a konflikty podsycone w praktyce, sojusze nadwyrężone do granic wytrzymałości, kraj podzielony bardziej niż wcześniej oraz prywatne zyski, które zdają się przeczyć idei służby publicznej. Wszystko to podane w oprawie nieustannego spektaklu, w którym granica między polityką a rozrywką została ostatecznie zatarta. Można oczywiście powiedzieć, że to nowa jakość. Pytanie tylko, czy rzeczywiście taka, jakiej ktokolwiek potrzebował. A.Z. z pow. pułtuskiego 

2026-04-29

Angora