R E K L A M A
R E K L A M A

Cynk o ołowiu [FELIETON OGÓRKA]

Kiedy po świecie przewalają się jakieś globalne szaleństwa, dobrze jest znaleźć sobie jakąś spokojną przystań. Dla mnie czymś takim okazał się serial na Neflixie „Ołowiane dzieci”.

Fot. kadr z filmu

Nie jest to z mojej strony na szczęście wykpiony już przez Wyspiańskiego eskapizm: „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna”. Nie tylko dlatego, że tu akurat miasto, i że nie proponuje bynajmniej ucieczki w jakąś przyjemną ułudę, tylko wrzuca w sam środek wytapianego przez hutę w Szopienicach cynku i ołowiu, gdzie lokalna społeczność pod wodzą kilku dzielnych kobiet ratuje zatruwane śmiertelnymi wyziewami dzieci.

Urodziłem się kilometr od tego hutniczego osiedla. Nie byłem narażony na ołowicę ani inne nieszczęścia tego slumsu tylko dlatego, że był jednak dość ograniczony terytorialnie. Ale w serialu odnajduję realia swojej wczesnej młodości, jak każdy synek, któremu przyszło tam rosnąć. Reżyser Maciej Pieprzyca ma wyjątkową umiejętność portretowania regionu i czasu, czego dał już dowód poprzednimi filmami, jak choćby tym o „śląskim wampirze”. By pokazać, jak splątane to wątki, dość powiedzieć, że proces „wampira” (raczej sfingowany) i wydanie na niego wyroku śmierci odbywało się na sesji wyjazdowej katowickiego sądu pokazowo zorganizowanej w tej właśnie szopienickiej hucie, co miało być chyba rodzajem rekompensaty dla mieszkańców i ulżenia im w ich życiu takimi igrzyskami.

 

Subskrybuj angorę
Czytaj bez żadnych ograniczeń gdzie i kiedy chcesz.


Już od
22,00 zł/mies




2026-03-21

Michał Ogórek