Więc może to i lepiej, że jej nie ma.
Parcie ku wojnie – choć jeszcze nie wiadomo czyjej z kim – opanowało umysły, i to jest najsmutniejszy rezultat. Kiedy ludzie pogodzą się z tą myślą, już nic jej nie zatrzyma, i to nawet zanim jeszcze ustalą, kogo napaść i z kim. Myślenie wojenne i kibicowanie wojnie przybrało już takie rozmiary, że świat zaczyna się martwić, że Stanom i Izraelowi zabraknie amunicji. Tak bardzo zależało im na jej rozpętaniu, że rozpoczęli ją bez odpowiednich zapasów. Wydawałoby się, że dla każdego powinna być to informacja pomyślna, a nawet wyczekiwana: nie mają czym, to nie będą atakować. Dlaczego niby komukolwiek na świecie miałoby zależeć na bombardowaniu Teheranu i to z niewiadomych, a przynajmniej nieznanych powodów?
Dziennik „The Wall Street Journal” informuje, że armia amerykańska ściga się z czasem, próbując zneutralizować irański potencjał uderzeniowy, zanim skończą się im kluczowe rakiety – zagrzewa do walki prasa światowa, która wzięła na siebie rolę sekundanta. Liczy Trumpowi rakiety i doradza, jak je oszczędzać, aby starczyło mu na dłużej. Podobno to, jak walki na Bliskim Wschodzie prowadzić taniej, ma mu podpowiadać nawet zdruzgotana Ukraina, bo tego się nauczyła.
Subskrybuj