Kacper Płażyński od dawna stara się wybić na uznanie pryncypała w PiS i to za każdą cenę. Nie jest tak prymitywny, by demaskować niemieckie masło w samolotach LOT-u, czym błysnął nadobny Tobiasz z Łodzi i zachwycił Kaczora, ale też sięgnął po ulubione fobie małego prezesa. W Gdańsku, politycznym mateczniku Płażyńskiego, działa Dom Literatury mieszczący się w najstarszych ocalałych i pięknie wyremontowanych budynkach Starówki. Patronem rezydencjonalnej części Domu, gdzie gościć będą pisarze ze świata, ma zostać Günter Grass, wybitny pisarz niemiecki, urodzony w 1927 roku w Gdańsku (wtedy Danzig). Noblista. Kronikarz życia miasta, w którym żyli Niemcy, Polacy i Kaszubi, o czym opowiedział w powieści, a potem oscarowym filmie Schlöndorffa „Blaszany bębenek”. Honorowy Obywatel Gdańska o losach równie skomplikowanych jak losy miasta, które unieśmiertelnił. Alarm, jaki podniósł Płażyński, wyniknął z faktu, że u schyłku życia Grass przyznał, że jako 18-latek, pod koniec wojny, wstąpił na ochotnika do Waffen SS. PiS-owski odbrązawiacz krzyknął więc liberum veto i zażądał, by władze Gdańska odstąpiły od dalszego honorowania Grassa. – Grass był żołnierzem wschodniego frontu, bardzo możliwe, że mordował Polaków, że przechodził razem z tą watahą niemiecką i rozstrzeliwał naszych ludzi – Płażyński oskarża w trybie warunkowym. Nie woła, że Grass mordował Polaków, ale mógł… Ostrzega, by z takim (prawdopodobnym) łajdakiem się nie bratać, nie czcić go, wymazać z pamięci… Nie znamy zasług Płażyńskiego, podobnie jak jego win, nawet potencjalnych, ale dał nam wszystkim dowód, że jeśli trzeba by coś stracić, to opłaca się z Grassem. Bo znaleźć z ryczącym osłem, takim jak gdański poseł, to nie grzech, ale wstyd.
Subskrybuj